Żydów z Brzeźnicy wspomina Maria Kolakowska - ziemiadebicka.pl

Żydów z Brzeźnicy wspomina Maria Kolakowska


okładka-“W Brzeźnicy było przed wojną kilka rodzin żydowskich. Koło kościoła mieszkał Żyd, który nazywał się Chaim. Mieli dużą gospodarkę. Ludzie mówili, że miał 30 morgów pola. To pole miał koło Wisłoki i koło Wielopolki.
W tym miejscu gdzie Wielopolka wpada do Wisłoki. Jakiś czas prowadzili też sklep. Mieścił się naprzeciw kościoła i plebanii, po drugiej stronie drogi. Do sklepu Chaima często chodziłam na zakupy. Prowadzili go długie lata, ale jak Chaim zmarł, to jego żona zamknęła ten sklep. W czasie wojny te budynki się spaliły. Po śmierci Chaima, jego żona sprzedała część ziemi i zostawiła sobie dziesięć morgów i z tego utrzymywali się aż do czasu gdy Niemcy pozabierali ich do obozu.
Do Chaima przez długie lata chodziłam do pracy. Bieliłam u niego kuchnię, izbę. Prałam też jak było trzeba. Czasem wykonywałam też inne prace, co było to zrobienia to robiłam. Chaim był dobrym człowiekiem, nieraz przyjmował do pracy różnych ludzi. Ale nie lubił jak ktoś u niego w pracy się obijał. Nieraz szedł podpierając się laską w pole i patrzył jak wynajęci przez niego ludzie pracują. Czasem stał tak cały dzień, nad tymi robotnikami i ich pilnował. Ale zawsze wypłacał to, co było umówione. To był bardzo uczciwy człowiek. Podobnie jak jego żona. Była taka sama jak inne kobiety na wsi.
Chaimowie to nie byli tacy jak inni Żydzi. Nie chodzili w chałatach i nie nosili pejsów. Byli tacy sami jak inni mieszkańcy Brzeźnicy. Na pierwszy rzut oka nikt by nie powiedział, że to Żydzi. Ale byli bardzo religijni. W każdą sobotę świętowali Szabat. Nic nie robili tego dnia, tylko służące. One paliły w piecu. Chaimowa już w piątek gotowała jedzenie na sobotę, tak że wystarczało na cały dzień. Na nabożeństwa chodzili do Bożnicy, ale tylko mężczyźni.
W Brzeźnicy była Bożnica, był też rabin, który cieszył się ogromnym poważaniem. Na te nabożeństwa przyjeżdżali Żydzi też z innych okolicznych wsi.
Chaimowie mieli trzy córki; Pepkę, Guzkę i Tytkę, która potem wyszła za mąż i mieszkała w Dębicy. A synowie nosili imiona Henek, Kiwek, Lojsek, Ischija. Pepka i Tytka, często w tajemnicy przed rodzicami, chodziły do gospodarzy gdzie było świniobicie. Obie bardzo lubiły kiełbasę wieprzową, której Żydzi ze względów religijnych nie mogli jeść. Jak sobie dobrze podjadły to śmiały się i mówiły, że głupi są ci Żydzi, że kiełbasy nie jedzą, bo to takie dobre. Potem, żeby nie było czuć od nich kiełbasą gryzły czosnek albo cebulę i wracały do domu. To były bardzo dobre, życzliwe dziewczęta” –  wspomina Mari Kolakowska na łamach książki pt. “Maria Kolakowska. Moje długie życie”