Choć dziś rynek napojów bezalkoholowych zdominowany jest przez wielkie koncerny, jeszcze nie tak dawno niemal na każdej dębickiej ulicy można było znaleźć lokalną oranżadę o unikalnym smaku. Butelkowana w skromnych zakładach, wytwarzana według prostych receptur, sprzedawana „na miejscu” lub rozwożona Żukiem — oranżada z Dębicy była nieodłącznym towarzyszem codzienności, szkolnych wagarów, ligowych meczów oraz niedzielnych spacerów.

Jednym z najsłynniejszych producentów był Pan Pilch — jego wytwórnia przy ulicy Nowej uchodziła za synonim jakości. „Po co szukać poza Dębicą?” — wspominają dawni mieszkańcy, zgodnie przyznając, że oranżada od Pilcha miała smak nie do podrobienia. Z kolei przy ulicy Gawrzyłowskiej powstawał napój od Chlebckiego — pity często „z garażu” na zapleczu zakładu, tuż po meczu piłkarskim. „Nic tak nie smakowało” — podkreślają pamiętający jego charakterystyczną nutę i delikatne musowanie.
Popularnością cieszyła się też oranżada od Kasprzyka, która – jak mówią dawni konsumenci – „była dobra sama w sobie”, choć konkurencja rosła. Na gastronomicznej mapie okolicy pojawił się w międzyczasie Nagawczyna, ale część mieszkańców wspomina, że tamtejszy wyrób „smakował już bardziej przemysłowo”. Nieco lepsze noty zbierało produkowanie w latach 90. picie z Latoszyna.
Nie mniej sentymentalne wspomnienia budzi sok marchwiowy z dębickiej sokopijalni, który – jak podkreśla pani Agnieszka – miał „jeden, niepowtarzalny smak, którego dziś nie da się odnaleźć”. Stał się symbolem dzieciństwa – tak jak oranżada, tak i on przechowywany był w charakterystycznych butelkach z plastikowym kapslem, który wystrzeliwał z ogromnym hukiem.
Dębicka oranżada nie była tylko napojem – była atmosferą miejsca, częścią lokalnej tożsamości, smakiem młodości. Na ławkach pod kioskiem RUCH-u, w kolejce po lody Calypso czy podczas meczów Wisłoki – butelka musującego napoju towarzyszyła pokoleniom dębiczan.
🧡🍾 A Wy jak pamiętacie dębickie oranżady? 🕰️👅 Zapraszamy do dyskusji na nasz profil FB! 💬📲























