Niektórzy kierowcy mają w sobie coś z kaskaderów – niestety nie chodzi o talent, lecz o pomysły. Pewien 29-latek postanowił połączyć w sobie dwa „atuty”: ponad promil alkoholu w organizmie i dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów. Efekt? Jazdę zakończył nie na mecie rajdu, ale na polu – rozbijając się o bele kiszonki.

Choć trudno w to uwierzyć, mężczyzna wsiadł za kierownicę Seata Toledo i już kilka minut później udowodnił, że fizyki i trzeźwości nie da się oszukać. Auto opuściło drogę i znalazło sobie nietypową przeszkodę – sprasowane, poukładane bele paszy. Rolnicy zapewne przecierali oczy ze zdumienia, bo jeszcze nikt nie testował kiszonki jako naturalnej poduszki powietrznej.

Policjanci, którzy przybyli na miejsce, szybko ustalili, że winny nie tylko był „pod wpływem”, ale i od dawna nie powinien w ogóle prowadzić żadnych pojazdów. Dożywotni zakaz jednak nie odstraszył bohatera tego wydarzenia.
Teraz zamiast rajdowych laurów czeka go sąd, a potencjalna nagroda to nawet 5 lat w odsiadce. Do tego obowiązkowa „donacja” – co najmniej 10 tysięcy złotych – na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym.
Można więc powiedzieć, że jego wycieczka zakończyła się klasycznym „kiszonkowym” bankructwem.
Źródło: Policja.pl























