Zaczęło się od anonimowego wpisu na lokalnym profilu ogłoszeniowym. Autor posta oburzył się, że pracownicy zajmujący się utrzymaniem terenów zielonych na terenie Osiedla Igloopol zerwali brzoskwinie z drzewa rosnącego przy jednym z bloków. Wpis szybko wywołał dyskusję mieszkańców. Do sprawy odniósł się prezes spółdzielni Marek Grabowski, który po sprawdzeniu sytuacji przedstawił swoją wersję wydarzeń.

„Kto zerwał brzoskwinie!?”
Anonimowy wpis na temat zerwanych owoców pojawił się w dębickiej grupie ogłoszeniowej. Jego autor podziękował – w mocno ironicznym tonie – pracownikom SM „Igloopol” za, jak twierdził, zerwanie brzoskwiń z ogródka przy jednym z bloków. Część osób stanęła po stronie autora wpisu, wskazując, że zabieranie cudzych owoców jest niewłaściwe. Inni komentujący uznali jednak, że sprawa została niepotrzebnie nagłośniona, szczególnie że chodziło o owoce z drzewa rosnącego na terenie osiedlowym.
Prezes spółdzielni sprawdził, co się wydarzyło
Do dyskusji włączył się Marek Grabowski, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej „Igloopol”. Początkowo, odnosząc się do anonimowego zgłoszenia, zaznaczył, że sytuacja powinna zostać wyjaśniona. „Szkoda, że opisana sytuacja nie została zgłoszona bezpośrednio do Spółdzielni w momencie jej wystąpienia” – pisał Grabowski, podkreślając, że bez szczegółowych informacji trudno było ustalić dokładne okoliczności. Po sprawdzeniu faktów Marek Grabowski opublikował kolejne wyjaśnienie.

Brzoskwinie zerwali pracownicy. Dlaczego?
Jak poinformował prezes SM „Igloopol”, po rozmowach z pracownikami udało się ustalić, że brzoskwinie rzeczywiście zostały zerwane przez pracowników spółdzielni. Nie miało to jednak – według przedstawionych przez niego wyjaśnień – związku z próbą przywłaszczenia owoców. „Pracownicy Spółdzielni zerwali brzoskwinie z drzewa rosnącego na terenie utrzymywanym przez Spółdzielnię” – wyjaśnił Marek Grabowski. Jak dodał, pracownicy zajmują się tym terenem na co dzień: koszą trawę, sprzątają oraz wykonują prace pielęgnacyjne, w tym przycinanie drzew.Według wyjaśnień prezesa owoce zostały zerwane po to, aby nie spadały na ziemię, nie gniły i nie powodowały bałaganu.
Inną kwestią jest, że dojrzałe, opadłe owoce to ulubiony przysmak os i szerszeni, których nie brakuje tego lata. Gdyby zdarzyło się pogryzienie kogoś z mieszkańców przez te drapieżne owady, niechybnie wywołałoby to awanturę, że spółdzielnia nie dba o porządek na osiedlu. Grabowski podkreślił również, że teren, na którym rosło drzewo, nie jest własnością żadnego z mieszkańców i nie został nikomu oddany w dzierżawę.

„Dziwi, martwi, a także zwyczajnie denerwuje”
Prezes odniósł się także do samego sposobu nagłośnienia sprawy.
„Tym bardziej dziwi, martwi, a także zwyczajnie denerwuje fakt, że mimo możliwości uzyskania wyjaśnień publicznie formułowane są oskarżenia pod adresem pracowników Spółdzielni” – napisał.
Jak zaznaczył, tego typu wypowiedzi mogą godzić w dobre imię konkretnych osób i podważać zaufanie do spółdzielni.
Grabowski zwrócił uwagę, że zanim mieszkańcy zdecydują się na publiczne oskarżenie, warto wcześniej sprawdzić informacje u źródła. „Krytyka i zgłaszanie nieprawidłowości są potrzebne, ale powinny opierać się na faktach” – podkreślił.
Mieszkańcy podzieleni
Pod wpisem pojawiło się wiele komentarzy. Niektórzy komentujący bronili autora anonimowego zgłoszenia, wskazując, że owoce nie powinny być zabierane bez zgody.
Inni żartowali z całej sytuacji, przypominając czasy, kiedy z drzew owocowych rosnących przy osiedlach czy domach dzieci „podjadały” pojedyncze śliwki, gruszki czy inne owoce.
Pojawiły się również głosy, że w upalne dni pracownicy wykonujący prace porządkowe mają trudne warunki pracy i że zerwanie owoców, które i tak mogłyby spaść i zgnić, nie powinno być traktowane jako wielka afera a raczej dbanie o porządek na osiedlu.
Sprawa wyjaśniona, ale dyskusja została
Ostatecznie zagadka z tytułu „Kto zerwał brzoskwinie?” ma już odpowiedź. Według wyjaśnień prezesa SM „Igloopol” owoce zerwali pracownicy spółdzielni, wykonując prace związane z utrzymaniem terenu kierując się jak najlepszymi intencjami.
Sama historia pokazuje jednak, jak szybko lokalna sprawa może przerodzić się w internetową dyskusję. Jeden anonimowy wpis wystarczył, aby pod postem pojawiły się dziesiątki komentarzy i mocne słowa.
Tym razem sprawa została wyjaśniona przez zainteresowaną stronę. Jak podkreśla Marek Grabowski, najlepszym rozwiązaniem w podobnych sytuacjach jest przede wszystkim kontakt ze spółdzielnią i sprawdzenie faktów, zanim zarzuty trafią publicznie do internetu.
Źródło: Dębicka grupa ogłoszeniowa, wypowiedzi Marka Grabowskiego, prezesa SM „Igloopol”.























