Choć dziś Wytwórnia Urządzeń Chłodniczych w Dębicy kojarzy się głównie z produkcją agregatów chłodniczych i urządzeń przemysłowych, mało kto pamięta, że w czasach PRL-u zakład ten pełnił także rolę strategiczną dla przemysłu wojskowego państw bloku wschodniego. To właśnie tutaj, na południu Polski, powstawały części do silników odrzutowych radzieckich MIG-ów, w tym elementy wirników – najważniejszych i najbardziej precyzyjnych części turboodrzutowych jednostek napędowych.

Wirniki z Podkarpacia
Dębica, choć niewielka, przez lata wpisywała się w globalną układankę zimnej wojny. W wydzielonych, pilnie strzeżonych halach WUCH-u toczono na specjalistycznych tokarkach precyzyjne elementy wirników silników odrzutowych. Części te, wykonane z trudnych w obróbce stopów – m.in. tytanu i stali żaroodpornych – musiały spełniać rygorystyczne normy wytrzymałościowe i być obrabiane z dokładnością sięgającą setnych części milimetra.
Obsługa tokarek była powierzana tylko wybranym pracownikom – wysoko wykwalifikowanym specjalistom z uprawnieniami wojskowymi. Zakład pracował często na zlecenia bez oznaczeń – dokumentacja techniczna przychodziła bez logo, oznaczona jedynie kodami identyfikacyjnymi, przesyłanymi z Moskwy. Gotowe elementy trafiały potem do montowni radzieckich, gdzie stawały się częścią silników m.in. MiG-21 i MiG-23.

WUCH dbał o ludzi – nie tylko przy tokarkach
Choć zakład pracował pod presją wojskowych kontraktów, nie zapominał o swoich pracownikach i ich rodzinach. Szczególną opieką otaczano wybitnych specjalistów i operatorów tokarek, którzy odpowiadali za najbardziej wymagające elementy.
Dla rodzin tych pracowników organizowano wakacje, o jakich wielu mogło tylko pomarzyć. WUCH czarterował specjalne samoloty, którymi całe rodziny – często po raz pierwszy w życiu – leciały nad polskie morze. Sam lot był wielką atrakcją, zwłaszcza dla dzieci. Jak wspominają dawni pracownicy, w trakcie lotu stewardesy rozdawały najmłodszym czekoladki Malaga i Kasztanki – luksusowe wówczas smakołyki, który do dziś kojarzy się z dzieciństwem lat 70. i 80.
Te wyjazdy nie były tylko formą nagrody – stanowiły też narzędzie lojalizacji i budowania silnych więzi z zakładem, który był wtedy „drugim domem” dla tysięcy mieszkańców Dębicy i okolic.
Cichy prestiż, o którym się nie mówiło
Dla wielu osób udział w takiej produkcji był powodem do wewnętrznej dumy. Choć obowiązywała tajemnica państwowa, w domach mówiło się szeptem: „tata robi coś do MIG-ów”. Jednocześnie nikt nie afiszował się z tym, co robi – takie były czasy.
Po 1989 roku, wraz z końcem ZSRR i przemianami ustrojowymi, wojskowe zlecenia zniknęły, a zakład przestawił się całkowicie na produkcję cywilną. Ale legenda pozostała. Bo choć dziś nikt już w Dębicy nie toczy wirników dla radzieckich myśliwców, to pamięć o tej technologicznej i ludzkiej epopei wciąż żyje – w historiach przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
























