Eksportowe szynki, pyszny lencz i kiełbasa szynkowa – o tym się marzyło stojąc nocami w kolejkach przed sklepami mięsnymi …

Patrząc na dzisiejsze stoły trudno sobie wyobrazić, że w czasach słusznie minionych mimo szalejącego kryzysu dębiczanie świętowali nie mniej bogato. Całe miesiące na święta i sylwestra w lodówkach czekały eksportowe szynki z dębickich zakładów mięsnych czy inne smakołyki. I jak to wszystko smakowało!

To właściwie był fenomen, chyba nie tylko tej części Polski, że mimo iż w kraju w latach 70 i 80 -tych szalał znienawidzony przez władze kryzys o mieszkańcach Dębicy trudno byłoby powiedzieć, że głodowali lub cierpieli niedostatek. Można pokusić się o stwierdzenie, że jedli dostatnio, a przede wszystkim smacznie i zdrowo. Chociaż półki sklepowe świeciły pustkami.

W dębickich zakładach mięsnych produkowano znane z wyśmienitego smaku – eksportowane za ciężkie dolary do USA – i praktycznie niedostępne w sklepach szynki z etykietą “Polish Ham”. W biało czerwonych puszkach były towarem pożądanym i często walutą za którą wiele rzeczy można było załatwić. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu część tej produkcji eksportowej zamiast trafić za ocean trafiała do lodówek dębiczan i w wielu przypadkach otwierano je dopiero podczas świąt czy na Sylwestra. Na tę chwilę czekało się długo, a smak świątecznej szynki długo się pamiętało. Jak to się działo? Każda szynka miała swoją własną historię, ale w owym czasie bardzo sobie ceniono znajomości z pracownikami Zakładów Mięsnych. Powszechnie wiadomo było, że oni “wiele mogą” i “mają dojścia”.

Podobnym powodzeniem jak puszkowane szynki cieszyły się konserwy wieprzowe. Zrobione z pancernej blachy przed którą kapitulowały liche otwieracze dostępne w uspołecznionym handlu. Aby je otworzyć nierzadko trzeba było użyć solidnego noża, a każdy facet w tych czasach sztukę taką miał opanowaną niemal do perfekcji. Otworzyć konserwę nożem! Kto dziś to potrafi? Konserwy stanowiły często rezerwę żywnościową gdy nie udało się niczego typu kiełbasa czy pasztetowa zdobyć. Często też zastępowały, podobnie jak szynka, walutę. Konserwa i pół litra czystej – z takim argumentem nie było sprawy nie do załatwienia!

Zasłużoną sławą cieszyła się kiełbasa szynkowa z dębickich zakładów. Jezu jak ona smakowała! Soczysta, czerwona o pięknym zapachu. Żadne obecnie wędlinopodobne wyroby nie sięgają jej do przysłowiowych pięt. Różnią się wyglądem, ale smakują tak samo. Tamta szynkowa to była prawdziwa królowa smaku. Ci fachowcy, którzy ją produkowali byli mistrzami w swoim  fachu! Plasterek szynkowej na kromce chleba od Roztoczyńskiego lub Urbana to było coś! A jak smakowało!

Łza się w oku kręci na wspomnienie smaku lenczu  czy kiełbasy cienkiej rodem z Fabrycznej. Nie ma dziś już takich smaków!

Osobnym źródłem zaopatrzenia w wyroby mięsne dębickich rodzin, nie tylko przed świętami, były okoliczne wsie. Większość mieszkańców Dębicy pochodziła z wiosek, a tam tradycja wyrabiania lokalnych wyrobów masarskich kwitła w najlepsze. Trudno w to dziś uwierzyć, że za czasów PRL-u popularna kiełbasa swojska nie było osiągalna w sklepach, ale w pierwszej lepszej wsi kłopotu z jej nabyciem nie było. Oczywiście sporo kosztowała, ale warta była swojej ceny. I jeszcze trzeba było wiedzieć gdzie ją kupić.

Swoich wielbicieli miała też w gronie ówczesnych milicjantów, którzy często czatowali na powracających z niedzielnych odwiedzin swoich rodzinnych wiosek mieszkańców miasta. Szczególnie niebezpiecznym dla wracających z Wiewiórki, Róży czy Zasowa był odcinek tuż przed miastem, gdzie było ograniczenie do 40 km. Mało kto tym zakazem się przejmował a gdy z suszarką nagle wyskakiwał milicjant to sprawa była przesądzona. Alternatywa była wąska mandat … albo… Kilogram kiełbasy swojskiej potrafił taki problem załatwić. Powodzeniem cieszyła się też swojska pasztetowa czy chociażby pachnący salcesonik!

Dziś patrząc na świąteczne czy sylwestrowe stoły wielu dębiczan z sentymentem wspomina tamte czasy. Bo jedzenie było smaczniejsze, zima jak trzeba a teraz…

Dawniej było jakoś fajniej….