“Elżbieta” – opowiadanie

Szkołę średnią z pewnością każdy wspomina z nostalgią. Bo czasy dla nas wówczas były beztroskie, chociaż codzienne problemy wtedy urastały do rangi przeszkód nie do pokonania. A miłości – jedne z pierwszych, często bolesnych czy nawet niespełnionych, zawsze jednak głęboko przeżywanych na długie lata zapadają w pamięć i ich wspomnienie mimo, że w czasie odległe wciąż jest prawie teraźniejszością.
Moja szkolna miłość pewnie nie różniła się od setek innych perypetii miłosnych moich rówieśników, ale dla mnie była wyjątkowa.
Elżbieta od samego początku zwróciła moją uwagę. Kiedyś podczas lekcji polskiego akurat w jej klasie profesor posadził nas w ostatniej ławce i kazał pisać zaległy sprawdzian. Sprawdzian u niego była rzecz święta i każdy „kochaneczek” czy „kochaneczka” czy tego chciała czy nie pisemny test ze swojej wiedzy musiał zdać. Albo razem z klasą, albo w razie nieobecności ze specjalnym, znacznie trudniejszym zestawem pytań na indywidualnym spotkaniu z profesorem Przecinkiem. Tym razem mi się udało, Przecinek był tak zajęty, że nie mógł poświęcić nam dużo czasu i zabrał nas na lekcje do klasy Elżbiety, tam usadowił w ostatnim rzędzie, zadał pytania i kazał pisać. Niestety, nasza wiedza była zdecydowanie „niekompatybilna” z treścią pytań i widoki nasze rysowały się bardzo źle. Gdy tak siedząc rozmyślałem nad marnym losem uczniowskiej egzystencji siedząca przede mną w ławce dziewczyna odwróciła się i zapytała: Może pomóc?
Boże wszechmogący, głodnego pytają czy chleba nie chce. Oczywiście, że pomóc. Takim to sposobem wybrnąłem z trudnej sytuacji i poznałem Elżbietę. Chociaż może słowo poznałem to za dużo powiedziane. Wiedziałem, że to ona, uśmiechałem się podczas przerw i mówiłem „cześć”. Mijaliśmy się dziesiątki razy na szkolnych korytarzach całą pierwszą klasę i kawałek drugiej. Jednak zawsze brak było mi odwagi, aby zatrzymać się i porozmawiać z nią chociaż chwilę. Prawie dwadzieścia lat temu zwyczaje panujące wśród młodzieży były nieco inne niż obecnie. Wówczas to do chłopaka należało wykonanie pierwszego kroku, teraz zasada ta rzadko bywa zachowywana. Mi jakoś wciąż brakowało odwagi, aby ten pierwszy krok uczynić. Co nie przeszkadzało mi obić gęby jednemu z kolegów, który Elżbietę w gronie w którym i ja byłem nazwał bardzo nieładnie. Umyślnie sprowokowałem bójkę, dziub mu stłukłem jak należy, a gdy na koniec leżał prawie bez życia syknąłem mu do ucha: Uważaj kogo dziwką nazywasz !
Tak więc Elżbieta, chociaż wcale się nawet nie domyślała stał się powodem mojej bijatyki, z której wyszedłem zwycięsko, ale też z niewielkimi ranami. I nasza dziwna znajomość-nieznajomość trwała kolejny rok. Mijaliśmy się na korytarzu, mówiliśmy sobie „cześć” i szli dalej każde w swoją stronę.
Któregoś dnia w kolejnym roku nauki postanowiłem to zmienić. Dzień wcześniej zaplanowałem sobie, że chociażby nie wiem co nazajutrz podejdę do niej i poproszę ją o spotkanie. I tak się stało. Elżbieta stała w gronie koleżanek, ja jak zaprogramowany podszedłem do niej i wyrecytowałem to co miałem do powiedzenia. Koleżanki wybuchnęły śmiechem, ale Elżbieta zgodziła się spotkać ze mną.
O umówionej godzinie 16.00 jak kołek w płocie tkwiłem na dzisiejszym Placu Gryfitów czekając na Elżbietę. Nie przyszła. Dla mnie była to straszna porażka i pohańbienie.
Nazajutrz jak i przez kolejne dni i miesiące mijałem ją na korytarzu i mówiłem „cześć”. Ale bez uśmiechu. Moja zadra bardzo boleśnie tkwiła we mnie, a Elżbieta sama nie podejmowała nawet próby porozmawiania ze mną.
Pewnego razu spotkaliśmy się sam na sam na Rynku. Ja akurat szedłem z chlebem od Roztoczyńskiego, ona uliczką od strony Kaprysu zmierzała wprost ku mnie. Między nami stał pomnik ku czci Armii Czerwonej, nie wiedząc czemu nazywany długie lata Karolkiem. Właśnie zastanawiałem się co zrobić, kiedy Elżbieta zobaczywszy mnie nagle zawróciła i odeszła. Od tej pory nie mówiłem jej nawet „cześć”. Co nie zmienia faktu iż dalej wypatrywałem za nią oczy na szkolnych korytarzach, i jak widziałem ona robiła dokładnie to samo. Ale ja już nie robiłem niczego aby sytuację tę zmienić, ona mi tego nie ułatwiała. Widziałem, że w jej życiu pojawiali się jacyś chłopcy. Zawsze, kiedy spotykałem ja z którymś z nich specjalnie przytulała się do niego, a mnie omal krew nie zalewała z zazdrości. Tak minął kolejny rok nauki, przyszła matura, wcześniej studniówka. Na nią poszliśmy chociaż razem to jednak z kim innym- ja ze swoją kuzynką Agnieszką, ona z moim przyjacielem z klasy Arturem. Cały wieczór i noc wówczas myślałem aby ją poprosić do tańca, ale Artur nie odstępował jej na krok.
Minęła matura, zdałem na wymarzone studia w Krakowie. Nie widziałem długie lata Elżbiety, chociaż gdzieś tam dochodziły mnie słuchy, że nie mieszka w Dębicy. Ja wróciłem tu po studiach, ale już nie sam. Dziś jestem mężem i ojcem uroczych dwóch dziewczynek. I to właśnie one z Agnieszką wyciągnęły mnie właśnie 8 marca do Raju. Tam urocze dziewczyny z Avon-u pozwalały mojej Agnieszce, Oli i Kasi do woli próbować, wąchać i malować się różnymi cudami pozwalającymi upiększać to co i tak jest piękne bez tego. I tam właśnie, wśród tłumu dziewczyn, kobiet i dziewczynek oblegających stoiska z kosmetykami zobaczyłem Elżbietę. Ona pierwsza powiedziała mi „cześć” i się uśmiechnęła. Odpowiedziałem jej i bardzo mocno przytuliłem Agnieszkę, Olę i Kasię. Aż się na mnie popatrzyły zdziwione.