Gupiki, mieczyki i molinezje - czyli o akwarium w czasach PRL-u, wersja dębicka - ziemiadebicka.pl

Gupiki, mieczyki i molinezje – czyli o akwarium w czasach PRL-u, wersja dębicka


Chociaż dziś to się może wydać nieprawdopodobne, ale jakieś 40 lat temu w Dębicy nie było żadnego sklepu zoologicznego. A mimo to prawie każdy szanujący się w tym czasie dębicki nastolatek miał w domu akwarium. Czasem był to zwykły słoik w którym robiło się kompoty służący po opróżnieniu jako mini akwarium, ale najczęściej były to piękne ramowe akwaria.

W tamtych hodowlach królowały najpopularniejsze wówczas gupiki, mieczyki czy molinezje. Mało wymagające, jedzące prawie wszystko i łatwo się rozmnażające rybki. Jak się je zdobywało? Najczęściej od kolegów, którzy rybki już mieli. Albo przywoziło się je z Tarnowa, gdzie w jednej z uliczek blisko Rynku był sklep zoologiczny. Ale generalnie pierwsze rybki dostawało się od znajomych z klasy, klatki czy podwórka. Tak to wówczas funkcjonowało. Jak ktoś się bardzo uparł to mógł hodować rodzime gatunki – cierniki, cierniczki czy różanki, które łapało się na stawach nad Wisłoką.

Innym problemem który pozostawał do rozwiązania było akwarium. Największą popularnością cieszyły się ramowe, bo w razie uszkodzenia szyby wymieniało się tylko jedną. Rzadkie wówczas akwaria klejone był mniej popularne,bo nie było wówczas kleju do ich klejenia, a jak pękła szyba to całe akwarium było do wyrzucenia. Ramowe były bardziej praktyczne.

Ramki do akwariów najczęściej robili ojcowie w zakładach pracy. Robiło się je na WUCH-u, Stomilu czy Polifarbie. Jak powstał Igloopol, to też tam. Potem jakimś przemyślnym sposobem były one wynoszone do domów, gdzie wprawiało się w nie szyby i uszczelniało kitem. Najlepszy kit był biały, ale bez problemu funkcjonował też kit czerwony – służący do uszczelniania okien – który można było kupić u szklarza, albo w którymś sklepie rzemieślniczym w okolicach Rynku. Tam też można było nabyć specjalny nóż do cięcia szkła, którym przycinało się szyby do potrzebnych wymiarów. Wiele ówczesnych akwariów powstawało siłami ich nastoletnich właścicieli. Sami cieli szyby, sami je wprawiali w ramki i sami je kitowali. Takie akwarium potem trzeba było odkazić i służył do tego nadmanganiam potasu, który w formie drobniutkich kryształków można było kupić w aptece. Czasem panie używały go do farbowania włosów, ale generalnie był to środek do odkażania.

Zdobywanie szyb do akwariów to też bywało całe przedsięwzięcie. W Dębicy w latach 80-tych było dwóch szklarzy, a właściwie chyba tylko jeden pan Żmudziński przy ulicy Żeromskiego. Miał on niezwykłą precyzję w ręce – potrafił bez użycia jakiejkolwiek linijki ciąć szyby na dowolny wymiar. Po prostu przykładał nóż do cięcia szkła do tafli i ciął. Szyby były równo docięte i zawsze na wymiar. To był świetny fachowiec! I bardzo miły człowiek.

Szkło było wówczas drogie, ale ówczesna rzeczywistość uczyła zaradności. W Dębicy budowało się wówczas dużo i nierzadko na tych budowach był całe masy potłuczonych szyb z których wprawna ręką mogła wyciąć szybę do akwarium. Wyprawy po to szklane “złote runo” odbywały się nocami, gdy na placu budowy ustawała praca. Nie był to bezpieczne akcje…  Takie miejsca były pilnowane przez stróżów, którzy potrafili całkiem znienacka wypaść z za przysłowiowego węgła  z okrzykiem “Ach wy sku…wysyny!” Ileż to wówczas rekordów prędkości pobijano! Ileż nóg poobijano, a w jakim tempie pokonywano ogrodzenia! Ten tylko o tym wie, kto to przeżył! Stróżami najczęściej byli starsi panowie i biegać nie bardzo potrafili, ale mali akwaryści niesieni strachem uciekali jak prawdziwe gepardy. Oczywiście porzucając szyby. I ratując życie – święcie w to wierzyli!

W różny nie całkiem czasem legalny sposób zdobywano też kątowniki do wykonywania akwariów ramowych – czy to ze złomu, czy gdzieś z budowy. Słynne stały się też wyprawy na bocznice kolejowe, gdzie stały wagony osobowe. Najwięcej kątowników miały takie dwupiętrowe tzw. bipy. W nich na był takie kątowniki aluminiowe cieszące się ogromnym powodzeniem bo były w pięknym srebrnym kolorze i nie rdzewiały, a zwykłe żelazne trzeba było malować by uchronić je przed rdzą. Wyprawy na wagony dostarczały ogromnych emocji, zwłaszcza jeśli napotkało się SOK-istów. Ucieczka nocą, po torach kolejowych pozostawia niezatarte wspomnienia …

Zdobyte z narażeniem życia szyby potem docinano w piwnicach, garażach czy na balkonach bloków. Nierzadko ręką spłynęła krwią, gdy ktoś niewprawiony chwycił dłonią ostry kant szyby, ale wcześniej czy później akwarium było gotowe. Kątowniki spawali rodzice gdzieś w zakładzie pracy, a aluminiowe, te z pociągów najczęściej skręcano, chociaż trafiały się również akwaria z aluminiowych, pospawanych ramek. To był prawdziwe arcydzieła, które być może gdzieś wciąż leżą zakurzone na strychach, w piwnicach lub innych miejscach gdzie trafiają przedmioty z odeszłych już czasów. Kto dziś o nich pamięta?