Helena Krajewska: Mamę i moje dwie siostry zastrzelili Niemcy. Tata szukał ich i zajrzał do studni koło domu, a one tam leżały

Rodzina Heleny Krajewskiej z domu Rusztowicz. Zdjęcie powstało w latem 1944 roku na kilka miesięcy przed tragedią. Na dole siedzą rodzice Pani Heleny. Od prawej: najstarszy brat Piotr, przed nim stoi Helena ( najmłodsza z rodzeństwa), obok siostra Maria ( która została rozstrzelana przez Niemców), po środku w krawacie brat Jan, obok siostra Zofia, następnie brat Józef i na końcu siostra Anna ( tez rozstrzelana przez Niemców). Na kolanach u babci syn Zofii, a na kolanach u dziadzia syn Piotra.

„Był piękny słoneczny dzień 1 wrzesień 1939 rok. Miałam wtedy 7 lat. Moja mama wróciła z kościoła, ponieważ był to pierwszy piątek miesiąca. Staliśmy koło domu, aż tu nagle usłyszeliśmy straszny huk. Ogromna ilość samolotów przeleciała nam nad głowami. Chwilę później nad Jasłem zobaczyliśmy czarne chmury i usłyszeć można było bombardowanie. Staliśmy wszyscy w wielkim szoku, a moja mama, obejmując nas rękami powiedziała: „Dzieci, my nie przeżyjemy tej wojny”. I tak zaczęła się wojna.

Było nas ośmioro. Cztery siostry i trzech braci. Ja byłam najmłodsza. Najstarszy brat Piotr był już wzięty na wojnę. Zaczęły się ciężkie czasy. Niby front przeszedł na wschód, ale już Niemcy prześladowali polski naród i Żydów. Były w Bukowej dwie rodziny żydowskie wiec zaraz ich wywieźli. Trzeba było oddawać tak zwany kontyngent w postaci płodów rolnych, także zwierzęta na mięso. Łapali ludzi i wywozili ich na roboty do Niemiec. Jedna moja siostra Filomena też wyjechała.

Po czterech latach front zbliżał się w nasze strony. Niemcy zarządzili wysiedlenie na tereny za Wisłokę. Kto miał jakieś rodziny lub znajomych to wyjeżdżali do nich, a reszta szła do lasu. My również poszliśmy do lasu. Dołączyła do nas moja siostra Zofia z mężem i dwójką dzieci oraz brat Piotr z dzieckiem i żoną, która była w ciąży. Wszyscy mówili, że to już niedługo, bo front był już niedaleko.

Helena Krajewska z mężem i synami

Warunki były fatalne. Po paru dniach jedna siostra się rozchorowała. Mama powiedziała, że tak jakoś ucichło, więc pójdziemy do domu zapalić w piecu i ugotować coś ciepłego, może przejdzie. Nasz dom był tak usytuowany, że widać go było z lasu. Brat często podchodził na kraj lasu i tak obserwował. Raz tak siedział i usłyszał strzał koło naszego domu, więc pomyślał już najgorsze, ale to tylko zastrzelili psa.

Po chwili ujrzał jak Niemiec wyprowadził mamę i obydwie siostry. Uszły kawałek drogi, ale mu zniknęły, ponieważ zasłoniły drzewa. Wrócił do nas, opowiedział wszystko, że zostały wyprowadzone i, że my też musimy wyjechać z lasu za Wisłokę to się tam gdzieś spotkamy. Spakowaliśmy wszystko na wóz i raniutko wyjechaliśmy z lasu z wielki lękiem.

Oryginał fotografii rodzinnej z 1944 roku

Przedostaliśmy się na drugą stronę Wisłoki. Pamiętam, że jak wyjechaliśmy z tej wody to tatuś klęknął na brzegu i powiedział: „Boże, dziękuję Ci. Może tu już nic nie będzie nam groziło. Żebyśmy się wszyscy zeszli razem”. Teraz trzeba było szukać jakiejś chaty żeby nas przyjęli. Znaleźliśmy w Błażkowej rodzinę Wojdyłów. Ojciec powiedział, że następnego dnia pójdzie dalej do Skurowej, Jodłowej to może ich tam gdzieś znajdzie. W lesie zostało jeszcze parę rodzin.

Była taka rodzina Stasiowskich, którzy mieli córkę Matyldę. W tym czasie wybrała się ona do swojego domu, pewnie chciała sobie coś wziąć. Weszła do środka i ujrzała na podłodze trzy ciała kobiet. Poznała zaraz moją mamę i dwie siostry. Marysię i Anię. Wówczas mama miała 54 lata, Marysia 30 lat, a Ania 17. Ania miała w ręku krzyżyk, który ściągnęła ze ściany. Wróciła do lasu i opowiedziała wszystko.

Oni wiedzieli, że my już wyjechaliśmy za Wisłokę. Dzięki tej dziewczynie dowiedzieliśmy się o całym zajściu, bo przeszła przez Wisłokę, znalazła nas i opowiedziała o wszystkim. To był straszny dla nas dzień. Jeden jęk, krzyk i ból. Nikt wtedy nie szedł, nikt nie widział czy one same tam weszły do tego domu, czy ten Niemiec ich zaprowadził. Zostało to wielką tajemnicą. Ojciec powiedział, że pójdzie do tego domu i zobaczy, ale jak tam wszedł to ich już nie było. Zobaczył parę rzeczy, ich koszyk, kawałek suchego chleba i trzy plamy krwi na podłodze. To mu wystarczyło. Wyszedł na pole, myśląc, że coś zobaczy, ale nic nie znalazł.

Po chwili coś go tchnęło i zajrzał do studzienki, która była nieopodal. Zajrzał do niej, a one tam leżały. Pamiętam to był 15 październik. Można sobie wyobrazić co przeżył widząc to wszystko. Wrócił do nas i wszystko opowiedział. Teraz trzeba było coś zrobić, ale co… Nieopodal nas był dworek, w którym Niemcy mieli swoją komendę. Ojciec tam poszedł, opowiedział o wszystkim, a oni wysłali jednego swojego żołnierza, żeby pojechał z nimi dla bezpieczeństwa. Końmi i wozem pojechał ojciec, trzech moich braci i ten niemiecki żołnierz. Nawet temu Niemcowi się to nie podobało, bo mówili, że tylko kręcił głową.

Nie wiem jak to zrobili, ale wydostali ich z tej studni, załadowali na wóz i przewieźli pod nasz dom rodzinny. Za stodołą wykopali dół. Dobrze, że była w domu taka szeroka szafa, więc ułożyli je w niej i zakopali. Tak wyglądał pogrzeb. A my nadal mieszkaliśmy u tych Wojdyłów. Nie było wygód, ale był dach nad głową. Nadeszła zima. Najgorzej było ze spaniem. W rodzinie, w której się zatrzymaliśmy było 6 osób, a nas było 9 – troje dzieci i ośmioro dorosłych.

Ja pamiętam spałam całą zimę z jednym bratem i tatusiem w stodole. Zrobili w słomie takie miejsce. Najgorzej było wieczorem tam pójść i rano przyjść do domu. Brat Piotr i siostra Zofia z rodzinami spali w takiej dużej komorze, ale tam też nie było takie ciepło. Trzeci brat Józef miał najcieplej, spał w stajni. Wreszcie nadszedł dzień styczeń 1945 rok. Wojna się skończyła i mogliśmy wrócić do swojego domu.

Była niby wielka radość, ale i wielki smutek. Wyjeżdżając za Wisłokę były dwa konie i wóz załadowany, a wracaliśmy już na nogach, niosąc wszystko na barkach, ponieważ Niemcy zabrali nam obydwa konie i wóz. Wszystko to wywieźli do Jodłowej. Tatuś tam chodził, widział te konie, które stały tam w stajniach. Jak Niemcy się już wycofali konie zostały. Tatuś tam poszedł, ale niestety tak to wszystko zostało ukryte, że tatuś tych koni już nie znalazł. Pamiętam nazwiska tych gospodarzy, ale nie będę ujawniać , bo oni już nie żyją, a wnuki by się za nich wstydziły. To była wielka strata, a największą stratą była śmierć mamy i sióstr. Jednak trzeba było jakoś żyć.

Mając zaledwie 13 lat zostałam gospodynią domową przez co nie mogłam skończyć szkoły. W lutym ksiądz ogłosił, że jeśli są gdzieś pochowani zmarli to żeby wywieźć ich na cmentarz. Tak też zrobiliśmy. Leżą sobie teraz razem na cmentarzu w Brzostku otoczone wielką miłością i pamięcią.”

Helena Krajewska z domu Rusztowicz

—————————————————————————————————————

Pani Helena ma dziś 89 lat i mieszka w Brzostku na Podkarpaciu. Ma trzech synów, 8 wnuków i 12 prawnuków. Najstarsza prawnuczka chodzi już do liceum. Mąż Pani Heleny z którym spędziła 60 lat zmarł kilka lat temu. Pani Helena przez 30 lat aktywnie działała w Kole Gospodyń Wiejskich w Brzostku gdzie przeniosła się i zamieszkała po wojnie.

Serdeczne podziękowania redakcja portalu ziemiadebicka.pl składa Pani Karolinie Orlow (z domu Krajewskiej) wnuczce Pani Heleny za pomoc przy zebraniu materiałów i zdjęć do artykułu.

Podziel się z innymi
0Shares
0 0