Historia Natalii Koczanowskiej - ziemiadebicka.pl

Historia Natalii Koczanowskiej


“Zaczęło się od zwykłego bólu nogi. Wędrówki po lekarzach, którzy nie wiedzieli, co mi jest. Byłam leczona na zapalenie stawów.. Jednak w końcu nadszedł ten dzień, gdy dowiedziałam się, co jest powodem mojego bólu – 19 lat, to nie wiek, kiedy się umiera, zwłaszcza, kiedy ma się obok osoby, które kocha się ponad wszystko – pomyślałam, gdy usłyszałam śmiertelną diagnozę. Biopsja wykazała najgorsze, czego mogłam się spodziewać. Osteosarcoma kości udowej lewej o wysokim stopniu złośliwości, na szczęście bez przerzutów. Byłam przerażona. Była to połowa września 2017 roku. Wcześniej zdałam z dobrym wynikiem maturę, dostałam się na wymarzone studia. Przygotowywałam się do wyjazdu do studenckiego miasta. Tymczasem nowiutki koc, miękka poduszka, które miały pojechać ze mną do akademika, zostały spakowane przeze mnie do szpitala. Zaczął się dla mnie prawdziwy koszmar. Z powodu złamania patologicznego, miałam całą lewą nogę w bardzo ciężkim gipsie do połowy grudnia. Przez ubiegłe miesiące ogromnie cierpiałam. To był naprawdę ciężki okres. Przez moje żyły co kilka tygodni sączyła się agresywna chemia, która wypalała mnie od środka. Nagle, z uśmiechniętej, radosnej, energicznej dziewczyny, lubiącej tańczyć, jeździć na rowerze, spacerować, stałam się osobą leżącą, wymagającą całodobowej opieki. Nie byłam nawet w stanie samodzielnie ruszyć się na łóżku. Potrzebowałam pomocy. To wszystko było okupione straszliwym bólem nogi, gdzie rozrastał się guz. Już wtedy mierzył kilkanaście centymetrów. Musiałam brać silne leki przeciwbólowe, ale nawet te nie pomagały. Wyłam dniami i nocami z bólu. Moja mama ze łzami w oczach patrzyła na mnie bezradnie i nie potrafiła mi pomóc. Jakby tego było mało, chemia odbijała się szczególnie na moim samopoczuciu i zdrowiu. Po każdym wlewie przez 10 dni straszliwie wymiotowałam, nie mogłam niczego przełknąć, nic nie piłam. Znikałam w oczach najbliższych. Czy wyobrażasz sobie przez kilka miesięcy, w tym samym pokoju, bez kontaktu z ludźmi, światem, bez przerwy leżeć w łóżku na plecach? Ja też sobie nie wyobrażałam, dopóki nie dotknęło to mnie samej. Moje jedyne chwile, kiedy mogłam złapać trochę świeżego powietrza, były wtedy, kiedy ratownicy medyczni na noszach wywozili mnie z domu do karetki, która zawoziła mnie na kolejne kursy chemioterapii, która znów miała palić moje osłabione żyły. Ten okres był naprawdę ciężki, ale każdego dnia starałam się być bardzo silna. Zbliżał się termin operacji, której bardzo się bałam. Lekarz postawił przede mną otwarte karty, wiedziałam, że mogę obudzić się bez nogi. Jednak wiara była we mnie o wiele silniejsza. Wiele dobrych ludzi otaczało mnie wsparciem i modlitwą. Operowano mnie kilka godzin. Sama operacja była bardzo ciężka i skomplikowana, ale udało się wszczepić endoprotezę kości udowej ze stawem kolanowym. Kiedy po operacji mogłam dotknąć lewą stopą ziemi, płakałam ze szczęścia. Nigdy nie zwracałam uwagi na to, że mogę chodzić. Była to dla mnie rzecz naturalna. Od tej pory każdy krok to dla mnie prawdziwy cud. Pierwsze kroki na oddziale w obecności lekarza i rehabilitantów, pomimo pomocy balkonika, nie obyły się bez łez i ogromnej radości. W tamtym momencie wiedziałam, że już nigdy się nie poddam. Święta spędziłam w domu w otoczeniu najbliższych, lecz na początku stycznia tego roku wróciłam na pierwszą chemię pooperacyjną. Zniosłam ją dużo gorzej niż wcześniejsze, ponieważ mój organizm był i tak już wycieńczony, a do tego bardzo osłabiony ciężką operacją. Byłam tak słaba, że nie wychodziłam przez cały tydzień z łóżka. To był również bardzo ciężki czas, ponieważ towarzyszyło mi uczucie „umierania”, czego nie zrozumie człowiek zdrowy. Chciałam się poddać, miałam ogromne chwile załamania, płakałam dniami i nocami z bezsilności. Jednak zrozumiałam, że nie tak miało to wyglądać. Za dużo dostałam od Boga, aby teraz zrezygnować. Choroba nie jest dla mnie łatwym doświadczeniem, jednak wierzę, że powoli dochodzę do siebie. Jestem świadoma tego, że mogę umrzeć, ale „mogę” nie znaczy „umrę”. Dlaczego? Bo się nie poddam i wierzę, że wygram. Przede mną jeszcze kilka miesięcy wyniszczającej chemioterapii i ciężka, długa rehabilitacja nogi, abym mogła powrócić do normalnego funkcjonowania. Wiem, że walka będzie ciężka, ale w głowie dźwięczą słowa wypowiedziane przez lekarza: „Będzie krew z jednej i z drugiej strony, będzie naprawdę ciężko. Ale wygrasz to dziewczyno, będziesz zwycięzcą”. Czy po takich słowach można się poddać? Nie! Pierwszą walkę już wygrałam z rakiem. Operację. Teraz pokonam go już całkowicie, czy mu się to podoba, czy nie. A Ty możesz mi w tym pomóc” – pisze Natalia na swoim blogu “Rak to za mało, aby zniszczyć marzenia” na FB.

W grudniu ub. podczas kontrolnych badań u Natalii pojawiły się niejednoznaczne wyniki. Natalia została skierowana na biopsję śródpiersia której wynik też okazał się niejednoznaczny. Teraz czekają ją kolejne badania.

“U mnie już trochę lepiej, choć po narkozie boli mnie całe ciało, ciągle kaszlę, a każdy oddech nadal przynosi ból. Na razie odpoczywam, ponieważ każdy ruch jest bolesny. Mam nadzieję, że z każdym dniem będzie lepiej. Niestety wynik biopsji jest niejednoznaczny- czekają mnie kolejne badania i następne wyjazdy do Warszawy. Mimo wszystko jestem dobrej myśli i ciągle mam nadzieję, że będzie dobrze” – pisze Natalia w jednym ze styczniowych wpisów na FB.