-->

Jak jesienią 1969 roku chłopaków z Łęk Dolnych do wojska powoływano

Na pierwszym planie autor wspomnień Stanisław Jarosz

Jesienią 1969 roku zostałem powołany do wojska. Moja jednostka gdzie mnie skierowano była w Radymnie. W moim plutonie było trochę chłopaków ze wsi, ale też paru „warszawiaków”, którzy na początku uważali się za kogoś lepszego od nas. Mieliśmy z nimi trochę problemów, ale po zastosowaniu bardzo konkretnych środków perswazji, w postaci tak zwanej „kocówy” w nocy chłopcy z Warszawy spuścili z tonu i nie było już z nimi problemu.

Przez pierwsze trzy miesiące mieliśmy intensywne szkolenie, po którym była przysięga. Miała ona miejsce w lutym. Przyjechali na nią moi rodzice, brat raz ciocia Plackowa, która specjalnie na tę okazję upiekła okazały tort. Strasznie mnie tym wzruszyła, ale jako zahartowany już trzymiesięczną służbą żołnierz nie okazałem tego po sobie. Chociaż w sercu zrobiło mi się bardzo ciepło. Ale żołnierz, zwłaszcza już po przysiędze musiał fason trzymać!

W wojsku była bardzo duża dyscyplina, ale nie powiem, wyszło mi to na dobre. To wtedy zmądrzałem i zmieniłem się trochę na lepsze. Bo kawalerka i prace na delegacjach z kolegami były fajne, ale rodzicom to się nie podobało i zamartwiali się co ze mną będzie. Chociaż służba wojskowa nie była lekka i sporo potu wylałem biegając po tych polach koło Radymna, to nie żałuję tego czasu i śmiało mogę powiedzieć, że procentuje on w moim życiu aż do dziś.

Kaprale robili sobie z nas różne żarty.
Pewnego razu maszerując i śpiewając po stadionie w Radymnie szedł obok mnie kapral Łyda.
-Jarosz, wy pięknie śpiewacie ! Założymy wspólnie chór na kompanii! – powiedział do mnie znienacka kapral.
Wybałuszyłem na niego gały, jak ówczesne aluminiowe pięć złotych z rybakiem.
-Co!? Ja w chórze!? – spytałem z niedowierzaniem.
-To rozkaz! – wrzasnął kapral. Wykonać! Wy będziecie kierownikiem chóru!

Cóż było robić. Rozkaz to rozkaz! Dobrałem sobie sześciu żołnierzy, co ze śpiewaniem mieli sporo problemów. Mamrotali i boruczeli, aż uszy więdły. Kapral wymyślił piosenkę, którą mieliśmy śpiewać. „Mówił dziad do obrazu, a obraz ani razu” – tak brzmiały jej słowa. Skomponował do tego jakąś na poczekaniu melodię i myśmy to karnie stojąc w szeregu śpiewali! Ubaw żołnierze i kaprale mieli po pachy! Bo śpiewaliśmy fatalnie. Dziady kalwaryjskie lepiej by od nas to zrobili, ale myśmy mieli taki rozkaz, żeby chór śpiewał to chór musiał słuchać. W wojsku dyscyplina musiała być.
Ale nie tylko śpiewanie w chórze wypełniało nam czas w jednostce.
Pewnego razu, późnym wieczorem, na równe nogi poderwał nas rozkaz „Alarm na wymarsz!”. Zerwaliśmy się na równe nogi i wkrótce w pełnym rynsztunku staliśmy na zbiórce. Kapral powiedział, że nieprzyjaciel chce zdobyć odległy o 24 kilometry most na rzece koło Michałówki. A my mamy ten most ocalić, choćby nie wiem co! Ruszyliśmy! Ja jako, że byłym przydzielony do obsługi CKM-u dźwigałem na plecach podstawę tego karabinu. Była on ciężka i ważyła 22,5 kg.

Idąc zastanawiałem się czy to wojna czy co? A później kapral mi powiedział, że to są takie ćwiczenia pozorowane. Doszliśmy do tej wsi gdzieś koło pierwszej nocy. Kapral wskazał nam miejsce gdzie rozstawiliśmy nasz karabin. Księżyc świecił i było dość jasno. Nagle podleciały do nas trzy psy i dobiegł do nas głos jakiegoś faceta „Bierz go, bierz go!”. Psy wściekle ujadały, a chłop je podjudzał i sam się też rozkręcał. W końcu zaczął w nas rzucać kamieniami. Kapral w końcu nie wytrzymał.
-Dwóch z automatami do mnie! – wrzasnął.
Zerwała się dwójka żołnierzy. Chłop dopiero wtedy zobaczył z kim ma do czynienia. Dostrzegł nasz CKM i innych uzbrojonych żołnierzy. Z wrażenia odebrało mu mowę. Podniósł pokornie ręce do góry.
-Panowie nie strzelajcie, ja nie wiedziałem, ja tutejszy – trząsł się jak galareta, a żołnierze mierzyli do niego z automatów.
Okazało się, że on mieszkał w pobliżu. Wzięli chłopa z rękami do góry i prowadzili tak do domu. Był mocno wystraszony i mamrotał, że przeprasza i do domu prosi.

Cały czas się trząsł ze strachu. Noc ciemna, a on pod lufami automatu szedł do domu. Sam zaatakował kamieniami pluton żołnierzy uzbrojonych po przysłowiowe zęby. W sytuacji był paskudnej. Naszego kaprala chciał ugłaskać i bełkocząc ze strachu zapraszał na herbatę. Gdy weszli do domu, kapral odesłał dwóch żołnierzy do nas, czyli obsługi CKM-u, a sam został w domu. Okazało się, że ten chłop normalnie bimber pędził. W oknach zapaliło się światełko. Kapral siadł do stołu a chłop, który powoli dochodził już do siebie, gościnnie nalał mu pełen kubek samogonu. Kapral wychylił go do dna. Chłop nalał znów. Bimber swoją moc i jakość miał, bo kapral po dwóch kubkach miał dosyć. Wstał i chwiejnym krokiem ruszył do drzwi. Wyszedł na zewnątrz, zrobił dwa kroki i padł jak nieżywy na ziemię.
Podeszliśmy po niego we czterech, złapaliśmy za ręce i nogi i przynieśliśmy go pod stanowisko CKM-u. Później dorzuciliśmy go do takich, co mieli obdarte nogi i iść nie mogli i tak kapral, dzielny obrońca mostu, dojechał do jednostki.
Wszyscy wróciliśmy do koszar nad ranem okrutnie umordowani, ale szczęśliwi, że nieprzyjaciel mostu nie zajął. A najbardziej szczęśliwy był kapral, który z tej nocy, a zwłaszcza jej drugiej części wiele nie zapamiętał.
Takie to były czasy. W wojsku służyłem rok. Fajne to są wspomnienia.

Opowiadanie to jest fragmentem książki Stanisława Jarosza „Z fantazją przez życie”

Podziel się z innymi
0Shares
0 0