-->

Jak się w Tuchowie kupowało prosięta i z dużym zyskiem sprzedawało na targu w Dębicy

Wujek zajmował się handlem prosiętami i do Tuchowa jeździł po nie konną furmanką. Kupował prosięta, wracał do domu i w środę rano jechał do Dębicy na targ by je sprzedać. Ten interes się opłacał, bo prosięta w Tuchowie były tanie a w Dębicy sprzedawało się je ze sporym zyskiem. Ale do Tuchowa było 25 kilometrów. W obie strony łącznie 50. Do Dębicy droga też wynosiła 25 kilometrów, co łącznie z powrotną dawało kolejne 50. W ciągu dwóch dni wujek konnym wozem musiał przejechać 100 kilometrów. Droga była męcząca dla niego jak i tych biednych dwóch koni, które ciągnęły furmankę. Nic więc dziwnego, że wujek widząc że mam Żuka poprosił mnie o pomoc. Zgodziłem się i pojechałem z nim po te prosięta do Tuchowa. Wzięliśmy ze sobą trzy drewniane paczki na prosięta, do których potem je zapakowaliśmy. Do każdej z nich wchodziło po osiem sztuk, czyli cztery pary. Do Tuchowa Żukiem jechaliśmy mniej więcej godzinę okrężną drogą. Można było nawet szybciej dojechać, nawet w 40 minut, jak się człowiek bardzo śpieszył. Koniem to pół dnia trwała droga w jedną stronę i wszyscy byli umordowani, a najbardziej to konie, bo to one musiały wszystko ciągnąć: wóz, ludzi na nim i prosięta w paczkach. No i pojechałem pierwszy raz z wujkiem na targ po prosięta. Na targ w Tuchowie zjeżdżało się wielu okolicznych gospodarzy i rzemieślników. Można było tam kupić wszystko, co w domu było potrzebne, czyli: beczki, garnki, miotły, czy drewniane łyżki. Zjeżdżali też handlarze sprzedający i skupujący żywe zwierzęta. Były tam kury, króliki, gęsi i oczywiście prosięta. Gwar był jak to na jarmarku. Ludzie kupowali i sprzedawali. Kobiety rozglądały się za naczyniami do domu, odzieniem czy innymi damskimi fatałaszkami. Ich mężowie albo sprzedawali przywieziony na targ towar, albo podobnie jak my przyjechali coś kupić.

Po przybyciu na targ rozglądaliśmy się za prosiętami. Wujek szybko wypatrzył chłopów trzymających na wozach w drewnianych skrzynkach prosięta. Handel poszedł sprawnie. Wujek prosiaki kupił i wróciliśmy do Łęk. W środę rano znów wstaliśmy jeszcze przed świtem i pojechaliśmy do Dębicy. Tam prosięta sprzedały się od ręki. Wujek był bardzo zadowolony ze współpracy ze mną. Szybko jechało się do Tuchowa, do Dębicy też. Nie od dziś wiadomo, że sprawny transport w biznesie to podstawa. Na własnym doświadczeniu przekonywałem się, że tak jest. Wujkowi interesy dobrze poszły i był zadowolony. Zapłacił mi 200 zł za kurs do Tuchowa i kolejne 200 zł za jazdę do Dębicy. Tyle wówczas taka usługa kosztowała. Był to bardzo dobry zarobek, bo sklepowa w państwowym sklepie np. GS-ie zarabiała 1 500 zł za osiem godzin pracy dzień po dniu, przez cały miesiąc. Ja natomiast przez dwa dni zarobiłem 400 zł, a to, co sam się nauczyłem i potem wykorzystywałem w życiu i biznesie to moje.

Jeżdżąc z wujkiem na targ nie byłem tylko kierowcą. Uważnie rozglądałem się dookoła i uczyłem się handlu. Wujek podchodził do chłopów co mieli prosięta do sprzedania, targował się i jak doszli do porozumienia, to „przybijali rękę” i małe świnki zmieniały właściciela. Targowanie się było integralną częścią handlu. Po dojściu do porozumienia wujek płacił żywą gotówką sprzedawcy, a ja mu nosiłem prosiaki w worku na plecach i pakowałem do paczek. Po skończonym targu wracaliśmy do domu. Kupowaliśmy też coś do domu, czy obejścia i ruszaliśmy w powrotną drogę. Prosięta, które kupowaliśmy były najczęściej brudne, tak jak je z chlewików wyciągano. Nie wyglądały zbyt efektownie, ale chłopi nie za bardzo się tym przejmowali. Trzymane w drewnianych klatkach, wymoszczonych słomą, pokornie czekały na nabywcę. Obrót na rynku był spory, bo w tym czasie, w każdym obejściu hodowano świnie, przeważnie na własny użytek. Najczęściej ich żywot dobiegał końca przed Bożym Narodzeniem lub Wielkanocą. Trafiały wówczas na świąteczne stoły w postaci swojskich kiełbas, szynek pasztetów czy salcesonów. Tak zwany uspołeczniony handel wówczas nie radził sobie z zaopatrzeniem wsi w mięso i jego przetwory. Chłop jednak w dziedzinie samo wyżywienia miał wielowiekowe doświadczenia, stąd też zapotrzebowanie na prosięta było spore. Biznes wujka kręcił się dobrze, a perspektywy rysowały się też bardzo obiecujące. Któregoś dnia, po przyjeździe do domu z Tuchowa, wujek wpadł na pomysł, aby przed sprzedażą te prosiaki umyć. Rankiem przed wyjazdem do Dębicy prosięta wyciągaliśmy z klatek i szorowaliśmy je szczotką. Darły się one przy tym nieco, bo to było ich pierwsze, i chyba ostatnie takie doświadczenie w życiu, żeby brać kąpiel. Ale po niej wyglądały zdrowo i były różowiutkie. Jak to po kąpieli, były też żwawe i ruchliwe, nic więc dziwnego, że szybko znalazły nabywców. Na targu w Dębicy poszły, jak przysłowiowa woda.

Różnica w cenie pomiędzy ich zakupem w Tuchowie, a sprzedażą w Dębicy wynosiła 200 zł na parze. Wujek na jednej parze zarabiał tyle, co ja za jeden kurs, no ale pieniądze były dobre i przebicie było super.

Wujek widział że mi się do handlu ręce aż palą. Któregoś dnia zagadnął mnie.

– Słuchaj, Stasiu, weź sobie jedną paczkę. Kupisz sobie 8 sztuk prosiaczków i sobie zahandlujesz – powiedział do mnie przed kolejnym wyjazdem.

Nie trzeba było mi tego dwa razy powtarzać. Wrzuciłem na Żuka swoją paczkę, którą mi dał ojciec i ruszyliśmy do Tuchowa. Na miejscu wujek chodził po targu i chodził, ale wytargował zaledwie 8 sztuk. Z jednym chłopem długo się targował, ale o jakieś 50 zł się nie zgodził na tych prosiętach i z interesu niewiele wychodziło. Bił tego chłopa po rękach, ale w końcu chłop zdenerwował się i powiedział, że nie sprzeda. Wujek też się omal nie zagotował z nerwów, bo chłop był bardzo uparty. W końcu machnął ręką i poszedł dalej. Ja widziałem tę całą historię i jak wujek zostawił tego chłopa, to podszedłem do niego z workiem pod pachą

– Panie to ja dopłacę te 50 zł i wezmę te prosięta – powiedziałem do niego.

-Dobra, bierz pan – chłop się zgodził, przybiliśmy ręce.

Wziąłem te prosięta do paczki. Zadowolony z interesu czekałem na wujka, który chodził po targu i szukał prosiąt po dobrej cenie. Nic jednak nie znalazł. W końcu wrócił do tego chłopa, z którym nie mógł dojść do porozumienia i mówi, że weźmie te prosięta. On mu odpowiedział, że już je sprzedał temu małemu, co z nim był. Ten „mały” to byłem ja, bo Pan Bóg mnie obdarzył niewielką posturą. Przy wujku, który był wielkim chłopem rzeczywiście wyglądałem na niewielkiego. Wujek łypnął na mnie okiem i poszedł na targ. Kupił prosięta u innego chłopa i ruszyliśmy do domu.

Na tych świniach zarobiłem wtedy 800 zł. Wujek dorzucił mi jeszcze za kurs we wtorek i środę. To był dobry zarobek. Za w sumie dwa kursy, zarabiałem tyle co sklepowa w miesiąc. A takich zarobków w miesiącu miałem kilka. Z wujkiem pojechałem do Tuchowa jeszcze kilka razy. Ale potem on podupadł na zdrowiu i przestał jeździć. Zacząłem wówczas sam jeździć, a później jeździłem z tatą na te jarmarki. Interesy szły bardzo dobrze, zwłaszcza, że handel prosiętami nie był jedynym moim źródłem zarobkowania. Wciąż bardzo dobrze szła nam sprzedaż w sklepie, bo dbaliśmy o jego zaopatrzenie tak, żeby klient był zawsze zadowolony.

Opowiadanie to jest fragmentem książki autostrstwa Stanisława Jarosza „Z fanazją przez życie”

Podziel się z innymi
0Shares
0 0