-->

Jak w Sylwestra 1972 roku sierżant Milicji Obywatelskiej z TT-ki do chłopaków z Łęk Dolnych strzelał

W 1972 roku na sylwestra poszliśmy na zabawę składkową do szkoły w Szynwałdzie, która mieściła się na przysiółku „Świnia Góra”. Poszliśmy we czterech- bracia Szupułka: Michał, Rysiek, Tadek oraz ja. Droga miała jakieś półtora kilometra. Było zimno i mróz trzymał mocno. Napadało dużo śniegu. Dotarliśmy do szkoły gdzie była impreza składkowa, zamknięta. Bez problemów weszliśmy do środka na zabawę. Orkiestra grała, ludzie tańczyli. Atmosfera była jak to na zabawie sylwestrowej. Rozejrzeliśmy się po sali. Chwilę po wejściu poprosiliśmy do tańca panie siedzące przy stołach. Były to nauczycielki i żony organizatorów zabawy. Tańczyliśmy kilka kawałków i świetnie się razem bawiliśmy. Nie spodobało się to jednak ich mężom. Jednym z nich był milicjant w stopniu sierżanta, który mieszkał w sąsiedztwie szkoły i sklepu. Pracował na posterunku w Gumniskach, koło Tarnowa. Zabawa dobrze się kręciła.

W pewnym momencie, gdzieś koło godziny dwunastej, ktoś rzucił krzesłem w lampę naftową. W tym przysiółku nie było elektryczności i zabawa odbywała się przy nafcie. Światło zgasło i zaczęło się regularna awantura. Trwała ona jakiś kwadrans. Tamtejsi atakowali nas. My ulegając liczebnej przewadze miejscowych zostaliśmy nieźle poturbowani. Nasze marynarki i koszule wyglądały fatalnie. Były poszarpane i porozrywane. Napastnicy wypchnęli nas na zewnątrz budynku i zamknęli drzwi wejściowe. Były one solidne i nie było szans, żeby je sforsować siłą. Zresztą nawet o tym nie myśleliśmy.

Obok szkoły był sklep pana Stańczyka, naszego dobrego znajomego. Miał on dwie córki Emilię i Pelagię. Mój brat i jego kolega Kazek Drozd, który się tam ożenił, przyjaźnili się z nimi. Weszliśmy do sklepu, mieścił się on w domu i był czynny dla nas, nawet późno w nocy. Kupiliśmy sobie piwo i tam spędzaliśmy Sylwestra. Około godziny drugiej pani Stańczykowa, mama tych dziewczyn, przybiegła do nas do sklepu.

-Drogą idzie sierżant i śpiewa – zaalarmowała nas. Chyba jest w bardzo dobrym humorze!
Wiedziała, że on i jego koledzy nas trochę poturbowali i byliśmy wściekli na nich. Stańczykowie też go nie lubili, bo mieli z nim kłopoty.

Ruszyliśmy za nim, za tym śpiewającym sierżantem, żeby mu sprawiedliwość po naszemu wymierzyć. Było nas trzech: Michał, Rysiek i ja. Zobaczył nas i zaczął uciekać do swojego domu, który był około 600 metrów od sklepu. Dobiegł do domu, ale drzwi były zamknięte, bo jego żona była sama i się bała. Dopadliśmy go na schodkach domu. Zrzuciliśmy go na ziemię. Dostał parę kopniaków i rozkwasiliśmy mu nos. Strasznie się darł i wołał:-Ratunku!
A my praliśmy go ile wlezie. Wołał o pomoc do żony. Ona otworzyła drzwi od sieni i zaczęła krzyczeć.

-Napad na milicjanta, mojego męża! – wrzeszczała.

Dopiero my się zorientowali, że ona może mieć broń służbową męża. Trochę nas to otrzeźwiło.
-Wiejemy! Bo jak dorwie do broni to będzie z nami źle !– krzyknął któryś z kolegów.
Uświadomiliśmy sobie, że zemsta zemstą i racja jest po naszej stronie, ale jest to napad przy jego domu. Około 40 metrów dalej był gęsty las jodłowy i głęboka skarpa. Uciekliśmy tam i zaszyliśmy się w gęstwinie.
Za 3-4 minuty sierżant, który wszedł do domu wyszedł przed niego i zaczął strzelać w kierunku lasu, gdzie się schowaliśmy. Wygarnął za nami cały magazynek! Siedem strzałów z TT-ki. Było ciemno i w tym gęstym lesie nikogo z nas na szczęście nie trafił. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków wróciliśmy do domów.

Po tygodniu dostałem wezwanie na komisariat milicji do Gumnisk, koło Tarnowa. Pojechałem tam Żukiem, z kolegami, którzy się o mnie martwili i uczestniczyli w tym Sylwestrze. Myślałem, że będą potrzebni świadkowie tej bójki w szkole. Na przesłuchaniu w komendzie, które prowadził ów sierżant byliśmy we dwóch w pokoju. Milicjant strasznie się na mnie wydzierał, że my go napadliśmy pod domem. Nie miał jednak świadków, bo żona to nie świadek, nic nam nie mógł udowodnić. My się do niego nie przyznawaliśmy. Udawałem, że nie wiem o czym mówi.

On mi zarzucał, że go napadliśmy. Na to ja jemu, że oni w szkole zrobili alkoholowego sylwestra.
-Przecież w szkole nie wolno takich imprez robić. Milicjant o takim czymś powinien wiedzieć – mówiłem do niego.

Wiedziałem, że on i kierownik szkoły był inicjatorem tego sylwestra. Po początkowej awanturze, atmosfera się uspokajała i sierżant łagodniał. W pewnym momencie powiedział do mnie, że on ma dwie ładne córki i mógłbym nawet zostać jego zięciem. Na co mu odpowiedziałem, że nic straconego. Może i tak być. Ja jego córki dobrze znałem, bo przychodziły do mojego sklepu na zakupy. Po tych ciężkich rozmowach podaliśmy sobie ręce i rozeszliśmy się w zgodzie. Sprawa została załatwiona.

Opowiadanie to jest fragmentem książki Stanisława Jarosza „Z fantazją przez życie”

Podziel się z innymi
0Shares
0 0