-->

Jak władza ludowa ujawniła nielegalną cielęcinę przewożoną na Żuku, a jej właściciel trafił do aresztu w Tarnowie

Mój brat Ludwik ożenił się za Tuchowem i zamieszkał w Tarnowie. Poznał piękną dziewczynę, na weselu w Tarnowie, o imieniu Janina. Ona pochodziła z Olszyn koło Tuchowa. Pracowała w Tarnospinie jako krawcowa. Ludwik zakochał się niej bez pamięci i młodzi postanowili się pobrać. Ich wesele odbyło się u nas w domu. U sąsiada Kazia Zielińskiego upędziliśmy bimbru, żeby wszystko było jak trzeba. Ja pędzić jeszcze nie umiałem, ale Kaziu zrobił mi zacier i pokazał jak to trzeba robić.

Bimber wyszedł prima sort i goście, a było ich ponad 200, byli zadowoleni. Tato na tę okazję uchował dwie świnie i ze dwa cielęta, o drobiu nie wspomnę. Przygotował kiełbas, szynek i innych smakołyków, żeby wesele wypadło jak należy. Ślub był w sobotę, a poprawiny w niedzielę. W domu wtedy nie było prądu, bo Łęki nie były wtedy w całości zelektryfikowane. Zrobiliśmy oświetlenie podwórka podpinając żarówki do akumulatora i przy takim oświetleniu goście bawili się do rana. Była orkiestra, ja pomagałem jako kelner. Całe wesele robiła ciocia Plackowa, która słynęła z doskonałej kuchni. Pamiętam ten dzień, bo wtedy Polska wygrała z Węgrami dwa do jednego i Polska została mistrzami olimpijskimi. Jak był mecz, to połowa gości wsiadła do Żuka i pojechała do klubu w Łękach Górnych, bo tam był telewizor, żeby to obejrzeć. Jak mecz się skończył, to wrócili na wesele i zabawa trwała do samego rana. Małżeństwo mojego brata z Janiną okazało się szczęśliwe. Dochowali się czwórki dzieci, a po ślubie zamieszkali w Tarnowie.


Ustaliśmy z tatą wersję, że mięso z tych dwóch cieląt było dla naszej rodziny w Tarnowie. Jedno dla brata, a drugie dla ciotki Gonetowej, która dzierżawiła nam pole i łąkę. W Tarnowie, po ustaleniu z tatą takiej wersji na wypadek wpadki, załadowaliśmy mięso na Żuka i ruszyłem w drogę. Jechało się jak zwykle, nic nie zapowiadało kłopotów. Dojechałem do Skrzyszowa, a tam stała milicja lotna z ormowcem. Zatrzymywała auta w zatoczce przy kościele. Jak to zobaczyłem to zlał mnie zimny pot, nogę z gazu zdjąłem, żeby nie było, że szybko jadę, ale na nic się to nie zdało. Milicjant zamachał czerwonym lizakiem i kazał zjechać do zatoczki. Grzecznie się do jego polecania zastosowałem, zjechałem i zgasiłem silnik. Mundurowy podszedł do szoferki i poprosił o dokumenty do kontroli. Niestety, nie był sam. Towarzyszył mu ormowiec, który podejrzanie zaczął mi się przyglądać i łypać spode łba na Żuka. W czasie gdy milicjant mnie legitymował ormowiec, łajza jedna, zaczął węszyć przy samochodzie. Patrzył na opony, czy aby nie łyse, czy światła w porządku i zajrzał też do środka skrzyni. A ja tam miałem cielęcinę, taką w białym papierze, ładnie przykrytą paczkami po jajkach. Popatrzył przez szczelinę w plandece i zobaczył, że coś tam białego jest. Wszedł na pakę i ujrzał to mięso i mówi do mnie:
-No, panie, tutaj jest cielęcina. To jest przestępstwo! Bierzemy was na komendę. – prawie krzyczał ucieszony, że tak mu się udało nakryć handlującego mięsem wroga socjalistycznej ojczyzny.


Widać było po nim, że jest zadowolony ze swojej roboty i z tego, że odkrył nielegalne mięso. Nie krył tryumfu w głosie. Moja sytuacja była fatalna.
Kazali mi jechać za sobą na komendę do Tarnowa. Cóż było robić. Jechałem pokornie i zastanawiałem się, co ze mną będzie. Dojechaliśmy do Tarnowa na komendę, przy ulicy Konarskiego. Mieści się ona tuż obok słynnego tarnowskiego więzienia. Jego widok, humoru mi nie poprawił. Po zaparkowaniu auta milicjanci wzięli mnie na przesłuchanie. Prowadził je jakiś przytępawy porucznik.
-Jak się nazywacie?- pytał mnie wielokrotnie milicjant.

Jarosz Stanisław – odpowiadałem mu za każdym razem, bo przecież innej odpowiedzi udzielić nie mogłem.
Gdzie mieszkacie ? – znów darł się do mnie.
-W Łękach Górnych 340 – odpowiadałem zgodnie z prawdą.

Co wieziecie? Skąd tą cielęcinę macie? – dociekał krzycząc milicjant.
Tłumaczyłem mu, tak jak z tatą ustaliliśmy, że ojciec jest rolnikiem i dał synowi i cioci za dzierżawę po cielęciu. Mówiłem, że tata miał dwie krowy, bo był rolnikiem. Jedna się wycieliła i miała bliźniaczki. Stąd to mięso znalezione u mnie, w Żuku.


W tym czasie, w domu faktycznie mieliśmy dwie krowy. Ale jedna była już pół roku po wycieleniu, a druga była z kolei wysoko cielna, czyli miała urodzić cielątko za jakiś miesiąc. Pomyślałem, sobie jeśli sprawdzą w domu moją wersję i wyjdzie prawda na jaw, to cienko ze mną będzie.
Ten porucznik przez parę godzin w kółko mnie pytał o to samo i to samo. Jak się nazywam, gdzie mieszkam, skąd mam to mięso. W końcu omal mnie diabli nie wzięli.
-Panie, pytasz się mnie pan jedno i to samo! Jak się nazywam, gdzie mieszkam i cały czas o to samo się mnie pan pytasz i pytasz. Jest, jak jest i inaczej nie będzie! Chociażby mnie pan tu miesiąc cisnął pytaniami! – rzuciłem mu w twarz ledwie panując nad nerwami.
Milicjanta trochę zaskoczyła ta moja reakcja.
-To mięso jest nielegalne i niebadane !– zarzucił mi patrząc badawczo w oczy. To jest karalne! – groził.
Kątem oka widziałem już, że w sąsiednim pokoju wezwane już przez swoich mężów żony milicjantów zajmują się tą moją cielęciną. Przyniosły ze sobą noże, jakieś papiery do pakowania. Zaczęły ją dzielić i ważyć między sobą.
-Ale panie, jak to mięso jest nielegalne i niebadane to czemu je bierzecie? Toż to wasze żony się strują! – powiedziałem do tego porucznika, jak to zobaczyłem.
Milicjanta omal jasna krew nie zalała na te moje słowa, wściekł i krzyknął do mnie, żebym stulił gębę.
-Zamknąć go! – krzyknął do dyżurnych, a ci wyprowadzili mnie z pokoju przesłuchań. Zabrali mi pas, sznurówki i zamknęli mnie na 48 godzin w areszcie, na ulicy Konarskiego w Tarnowie.


Dziś wiem, co może czuć wolny ptak, którego zamyka się w klatce, bo sam się tak wtedy czułem. Do tej pory każdego dnia byłem wolny, żyłem szybko i intensywnie. Teraz trafiłem do ciasnej celi z kratami w oknie. I to za co? Za to, że wiozłem cielęcinę? Te dwa dni zamartwiałem się co ze mną będzie. Nie miałem kontaktu z tatą, ani w ogóle ze światem zewnętrznym. Czas odmierzały pory posiłków, okropnych w smaku i jakości. Siedziałem w celi odcięty od świata zewnętrznego, a niebo widziałem tylko przez kraty. A o tym, co się w tym czasie działo wiem z opowiadania taty.
W tym czasie, gdy ja siedziałem w areszcie, władza ludowa przeprowadzała skrupulatne śledztwo w mojej sprawie. Milicja wzięła doktora weterynarii z Gumnisk i przyjechali z nim wieczorem na kontrolę do naszego domu. Milicjant zażądał okazania mu rzeczonej krowy, która miała być matką cielątek bliźniaczek, na co tato, z przysłowiową duszą na ramieniu, zaprowadził go do obory. Stały tam dwie krasule, jedna tuż przed ocieleniem a druga już pół roku po ocieleniu.
-Która to? – groźnie zapytał taty milicjant. Tato wskazał zwierzę.
Niestety nie wiem, jak nazywał się ten weterynarz, a jeśli jeszcze żyje on lub jego rodzina i być może czytają te słowa to niech wiedzą, że żywię dla niego dozgonną wdzięczność.


Lekarz weterynarii podszedł do krasuli wcześniej założywszy taką dużą, sięgającą prawie obojczyka gumową rękawicę na rękę. Fachowo zadarł krowi ogon do góry i zaczęło się badanie. Tato stał obok. Weterynarz korzystając z tego, że milicjant nie widzi twarzy doktora mrugnął okiem.
-Świeżo ocielona, szerokie ujście. Musiały być bliźniaki! – mówił weterynarz do milicjanta. Jego słowa zostały skrupulatnie zapisane w milicyjnym notesie. W ten sposób władza ludowa został przekonana, że nasza krowa faktycznie urodziła bliźniaki , z których mięso znaleziono na moim Żuku podczas kontroli. Tacie ,gdy usłyszał te słowa wypowiedziane przez weterynarza omal serce nie wyskoczyło z piersi z radości. Zachował jednak ponurą i kamienną minę, jak na potencjalnego wroga władzy ludowej przystało i niczym się nie zdradził. Uścisnął serdecznie na pożegnanie rękę owego weterynarza, który odwzajemnił się tym samym. Milicjant do Tarnowa przywiózł takie właśnie zeznanie weterynarza, które pokrywało się z moimi. Już mi nic nie groziło, ale ja o tym nie wiedziałem. Podobnie jak nic o moim losie nie wiedzieli rodzice, którzy zamartwiali się co ze mną będzie.
Wizyta milicjanta z weterynarzem miała miejsce w piątek, a mnie trzymali w areszcie jeszcze całą sobotę. Popróbowałem tam więziennej zupy i takiego śmierdzącego więziennego smalcu, którego smaku nigdy nie zapomnę. Dawali nam go na chlebie. Był paskudny i smakował fatalnie. W domu byłem przyzwyczajony do lepszego jedzenia, dobrych smaków- wychowany na trochę lepszym jedzeniu. Nigdy nie zapomnę tego pobytu w tarnowskim areszcie. Siedziałem tam dwa dni i dwie noce, z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę. W niedzielę , gdy mieli mnie wypuszczać, przylazł do mnie ten przytępawy milicjant.

Przyznaj się! Nie pogarszaj swojej sytuacji! – krzyczał jeszcze do mnie.
-I tak mnie wypuścisz, bo nic złego nie zrobiłem! – odpowiedziałem mu na to. Nic mi już nie mógł zrobić.
Wtedy już się dowiedziałem, że moje zeznania pokrywają się z tym, co ustalili milicjanci i nic na mnie nie mają. Byłem bezpieczny, chociaż cielęcinę mi zabrali. Potem przyszło pismo do domu, że pieniądze ze sprzedanej cielęciny, gdzieś około 1000 zł, zostały przeznaczone na Dom Dziecka, to już odpuściłem tę sprawę. W niedzielę wróciłem do domu a rodzice witali mnie prawie ze łzami w oczach. Jakbym wrócił z innego świata, bo faktycznie bycie za kratami to inny świat. Nikomu nie życzę takich doświadczeń.
Po tej historii oczywiście nie zaprzestaliśmy handlu. Nawet nie mieliśmy takich myśli. W polskim chłopie jest genetycznie zakodowana jakaś opozycja do władzy, która nakazuje robić to lub tamto lub czegoś zabrania. My dalej robiliśmy swoje, a komunistyczna władza dalej szukała winnych nieustającego kryzysu, który z takim zacięciem nękał socjalistyczną ojczyznę. Na szczęście już nigdy nie zaznałem więziennego chleba. A komuna z wielkim hukiem upadła w 1989 roku i nagle okazało się, że osoby takie jak ja, są przysłowiową solą tej ziemi i ten stan, chwała Bogu, trwa do dnia dzisiejszego.

Opowiadanie to jest fragmentem książki Stanisława Jarosza „Z fantazją przez życie”

Podziel się z innymi
0Shares
0 0