Jak za czasów PRL-u się jeździło do RFN-u do roboty w budowlance

Pojechałem do Niemiec swoją Ładą. W Niemczech miałem dobrego znajomego pana Frania z Dębicy, u którego zamieszkałem. To był bardzo porządny gość. Wiozłem mu poczęstunek naszych kiełbas, szynek i salcesonów. On strasznie lubił polskie wędliny, jak to Polak na obczyźnie. Zawsze będzie tęsknił za polskim chlebem i polską kiełbasą. Niemiecka też była dobra, ale droga i zawsze jej czegoś brakowało. Tego dobrego smaku i zapachu, bo Niemcy chociaż świnie uhodują, to nigdy swojszczyzny tak dobrej nie zrobią. Gdy człowiek na dobrej wędlinie wychowany to potem do tej na obczyźnie ciężko przywyknąć.

Dojechałem do niego w sobotę. Z podarunku bardzo się ucieszył, jak to Polak na emigracji i za wszystkim, co polskie stęskniony. Siedliśmy przy stole, wypiliśmy co nieco. Zamieszkałem u niego. Franiu był takim lokalnym pośrednikiem pracy. Przyjeżdżali do niego Polacy i mówili kto, czym się trudni. Niemcy go znali i dzwonili do niego, gdy potrzebowali kogoś do roboty.

Na drugi dzień była niedziela. Poszliśmy do kościoła, potem dobry obiad żeśmy zjedli, który przygotowała Krysia, żona Frania. Po południu zadzwonił telefon.
-Nie masz Franiu, jakiś wolnych murarzy w pobliżu ?- pytał Niemiec przez telefon.
Franiu popatrzył na mnie i jeszcze jednego taksówkarza z Ojcowa, co też przyjechał do roboty.
-Który umie murować? – spytał nas Franiu.
-Ja umiem – odpowiedziałem bez wahania.

Gdy miałem piętnaście lat to w naszym domu w Łękach Górnych murarze murowali dom i oborę mojemu ojcu. Popatrzyłem na ich robotę, bo byłem pomocnikiem przez te lata. Trochę mnie oni poduczyli i murarka nie była mi obca. Czasem coś niewielkiego wymurowałem. A to wygódkę koło domu a to jakąś piwniczkę. Z kielnią i zaprawą murarską byłem obeznany, jak to chłopak na wsi wychowany i roboty się nie bojący. No i kiedy powiedziałem Franiowi, że umiem murować to on powiedział do słuchawki.
– Mam murarza. Nic się nie martw – rozmawiał z Niemcem.
Odłożył słuchawkę.
-To Stasiu masz robotę – powiedział do mnie.
-Od kiedy? – spytałem.
– Jutro zaczynasz rano– oznajmił mi.

-Super – odpowiedziałem ucieszony, że tak szybko udało mi się robotę znaleźć i nie będę musiał bezczynnie czekać na pracę.
W poniedziałek rano Franiu zawiózł mnie do roboty w Szeningen. Moja praca miała mieć miejsce w starym zakładzie fryzjerskim. Przez długie lata prowadził go starszy Niemiec, który był fryzjerem męskim. Ale teraz przejął go jego syn z synową i trzeba było go wyremontować. Chcieli tam założyć nowoczesny damski zakład kosmetyczno-fryzjerski. Na miejscu okazało się, że ten lokal to kompletna ruina. Był zbudowany z cegły, trochę z drewna i gliny. Składał się z dwóch pomieszczeń. Sama lokalizacja była bardzo atrakcyjna, bo to był Rynek w Szeningen. Ale roboty, żeby to doprowadzić do jako takiego stanu było bardzo dużo.
Na miejscu okazało się, że do pomocy miałem mieć jeszcze dwóch pomocników. Po rozpoczęciu pracy okazało się, że ci goście to kiepscy pracownicy budowlani. Nie umieli umieszać zaprawy i nie znali się na budowlance.

Dogadałem się z młodym Niemcem poprzez Frania, który finansował ten biznes, że nie ma sensu trzymać ich w robocie, bo pożytku z nich żadnego i kasy szkoda na ich wynagrodzenie. Franiu przyjrzał się ich robocie i przyznał mi rację. Wypłacił im co się należało i odprawił. Zostałem na robocie sam, ale wiedziałem że dam sobie radę.
Mała betoniarka stała na środku pokoju. Cement, piasek, wszystko miałem na miejscu. Kupiłem jeszcze potrzebne narzędzia, łaty, listewki i inne materiały. Krzywe tam było wszystko jak cholera, ale była porządna zaprawa, cement i robota ruszyła.

Miałem stawkę ustaloną na 10 marek na godzinę. Dostawałem śniadanie i obiad. Żona tego starszego fryzjera wołała mnie po południu o 16.00 na podwieczorek.
– Stanislaw, kaffe, kaffe – gdy zapraszała mnie na kawę.
Ta kobieta to była strasznie poczciwa osoba. Często wspominała swojego brata, który podczas wojny zginął pod Stalingradem.
-Ivan, bruder, kaput, Stalingrad – mówiła do mnie i oczy jej zachodziły łzami. Mimo upływu lat wciąż nie mogła się pogodzić z jego śmiercią, ani z faktem, że nawet nie wiedziała gdzie jest jego grób. Podobnie jak dziesiątki tysięcy młodych Niemców poległ w Rosji, a ich rodziny nigdy nie dowiedziały się gdzie spoczywają.
Jej mąż, ten starszy fryzjer, pilnował mnie, żebym nie obijał się w robocie. Ale ja nigdy tego nie robiłem, ani tam w Niemczech ani tym bardziej w Polsce. Po dwóch dniach przyszedł do mnie koło jedenastej i popatrzył jak robię. Rozebrałem się do pasa, bo w pomieszczeniach gdzie pracowałem było gorąco i pot lał się ze mnie strumieniami. Robota dosłownie paliła mi się w rękach, bo jak biorę się do roboty, to na sto procent. Popatrzył na mnie chwilę i na to, co zrobiłem.

-Stanislaw folgen, folgen – powiedział do mnie. Co znaczyło, żebym trochę zwolnił.
Kazał mi usiąść sobie na cegłach, żeby odpocząć i poczęstował mnie papierosem. Do tej pory nie paliłem papierosów, ale papieros, którym mnie poczęstował był niesamowity. Był jakiejś znanej marki, płaski, aromatyzowany. Zapaliłem i się zaciągnąłem. Co to była za rozkosz! Aż mi się błogo zrobiło na duszy! Nigdy nie paliłem, bo uznawałem to za zgubny nałóg i szkoda mi było pieniędzy, ale czasem wdychałem dym tytoniowy, gdy inni palili w moim otoczeniu. Polskie papierosy jak Klubowe, Sporty czy Popularne to był bardzo kiepski sort przy tym papierosie, jakim poczęstował mnie ten stary Niemiec. Niewiele brakowało, abym wciągnął się w palenie, tak mi to posmakowało! Ale na szczęście przeszła mi ta ochota.
Tynkowanie tego lokalu zajęło mi jakieś dwa tygodnie. Gdy robota była skończona przyszedł ten młody Niemiec, co mi ją zlecał i Franiu. Przyprowadzili ze sobą wysokiego jak tyka Niemca.
-To Agi – oznajmił mi młody. Jest specjalistą od układania cegły na równej fudze. Taki sposób polega na tym, że na wylewce (podłożu) układa się cegły pilnując, aby warstwa zaprawy między nimi była jednakowej grubości. To dość precyzyjna i pracochłonna robota. Taka trochę zegarmistrzowska, tyle tylko, że w murarce.

Agi został ze mną i wziął się do pracy. Mierzył, układał cegły, znów mierzył, przyglądał się. No fachowiec był z niego co się zowie. Ja zaciekawiony nową technologią, bo pierwszy raz w życiu widziałem taką robotę, przyglądałem się mu jak to robi. Agi pracował całe osiem godzin i w tym czasie wymurował na odcinku około pięciu metrów jedną warstwę cegieł, która od podłogi miała wysokość 7 cm, czyli tyle ile grubości miała jedna cegła. Nie powiem robota była dobrze zrobiona. Cegły stały w murze jak żołnierze na musztrze. Równiutko, w jednakowych odległościach, czyściutkie. No prawdziwa niemiecka jakość i wykonanie! Agi po ośmiu godzinach umordował się i zakończył pracę. Zabrał swoje klamoty i poszedł do domu. Na drugi dzień Agiego nie było w pracy. Przyjrzałem się jego robocie i tak od niechcenia położyłem jedną cegłę na tym murze co go dzień wcześniej Agi murował. Potem jeszcze jedną i kolejną. Ani się obejrzałem wymurowałem mur o wysokości jednego metra, którego jakość nie ustępowała tej robocie jaką zrobił Agi. O szesnastej przyszedł ten młody Niemiec i jak zobaczył tę moją robotę to mu omal oczy z orbit nie wyszły.
– To ty zrobiłeś!?– spytał mnie z rozdziawioną gębą.
– No ja – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Niemiec podszedł, obejrzał mur. Sprawdzał czystość ułożonych cegieł, grubość spoiny. Wszystko było bez zarzutu. Agi przez cały poprzedni dzień wymurował jedną warstwę cegieł o grubości 7 cm na odcinku pięciu metrów. Ja w tym samym czasie, na takiej samej długości, zrobiłem mur o wysokości jednego metra. Niemiec nie mógł wyjść ze zdziwienia.
-Agi ma dwa metry wzrostu i przez cały dzień zrobił malutki murek. A ty sięgasz mu do brody i zrobiłeś taki wielki mur. Ty jesteś wielki specjalista– mówił do mnie zadowolony z mojej pracy.

Opowiadanie pochodzi z książki Stanisława Jarosza „Z fantazją przez życie”

Podziel się z innymi
0Shares
0 0