Kaziu Najda miał 7 lat gdy zabiła go mina - ziemiadebicka.pl

Kaziu Najda miał 7 lat gdy zabiła go mina


W 1945 roku z rejonu Dębicy ruszyła ofensywa rosyjska i wyparła wojska niemieckie na zachód. Do opuszczonych pół roku wcześniej wiosek z wysiedlenia wracali mieszkańcy. Wśród nich była rodzina Marii Najda, którą razem z piątką dzieci wysiedlono z rodzinnych Grabin do Korzeniowa. Wśród nich był siedmioletni wówczas Kaziu, razem z czwórką swojego rodzeństwa.

Maria Najda z domu Skrzek wyszła za mąż w 1923 roku za urodzonego  w Grabinach Józefa Najdę. Mieszkała w Głowaczowej i ukończyła zaledwie jedną klasę szkoły podstawowej. Potem musiała iść na służbę do jednego z bogatszych rodzin w Głowaczowej, bo w domu była ogromna bieda. Gospodarze u których służyla przygotowali ją do Pierwszej Komunii Świętej. Służyła tam długie lata pracując w polu, zajmując się zwierzętami i innymi pracami w gospodarstwie.  Gdy miała 19 lat poznała Józefa Najdę – swojego przyszłego męża, który mieszkał w pobliskich Grabinach.  Jej mąż był typową złotą rączką – potrafił zbudować dom, naprawić buty i zreperować dziurawy garnek. Był bardzo pogodnym człowiekiem. Zawsze mawiał, że nie ma świecie nieużytecznych, stąd też gromadził w swoim obejściu różne mniej lub bardziej przydatne rzeczy, które wcześniej lub później do czegoś się przydawały. Gdy ożenił się z Marią swój dom również własnoręcznie wybudował w Grabinach w zakolu rzeki, gdzie stoi do dziś. Józef Najda był bardzo zaradnym człowiekiem, szybko koło domu postawił niewielką stajenkę i stodołę. Hodowali krowę, konia, drobne ptactwo. Uprawiali lichą piaszczystą ziemię. Józefowi udało mu mu się  znaleźć pracę jako robotnik kolejowy. Na świat przyszły dzieci. W 1939 roku było ich już piątka. Kaziu w chwili wybuchu wojny miał trzy latka. Nie był najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Była nim malutka Stasia, która w 1943 roku zmarła na epidemię czerwonki i została pochowana na cmentarzu w Straszęcinie. W 1942 roku Józef Najda został wysłany na przymusowe roboty do Niemiec. Maria Najda razem z piątką dzieci została sama. Musiała utrzymać siebie i rodzinę z niewielkiego gospodarstwa rolnego. W 1944 roku została wysiedlona razem z rodziną do Korzeniowa. Musiała zostawić cały dom i plony na pniu. Teren jej gospodarstwa stał się ziemią niczyją. W jednej części jej ziemi przebiegały linie rosyjskie, kilkaset metrów dalej niemieckie. Ziemia była zryta okopami, drzewa poszatkowane przez odłamki i pociski. Pod jej domem przebiegały transzeje, które prowadziły do pobliskiej rzeki. Trwało to pół roku.

Wiosną ruszyła ofensywa styczniowa i wyparła wojska niemieckie na zachód. Wysiedleni mieszkańcy Grabin mogli wrócić do swoich domów, jeśli tak można nazwać to co po nich zostało. Większość zabudowań została rozebrana do  budowy ziemianek lub umocnień w okopach. Dom Marii Najdy szczęśliwie ocalał. Nie miał dachu, ściany był pełne odłamków i przestrzelin, ale stał. Ziemia była usiana minami, amunicją, bronią, zryta przez pociski. Wiosna 1945 roku była bardzo ciężka. Strach było wyjść w pole żeby coś zasiać lub posadzić. Koło domu był niewielki staw, gdzie zapobiegliwa kobieta razem z dziećmi wrzucała wojenne żelastwo, żeby oczyścić ziemię pod uprawę. Wycofujący się Niemcy pozostawiali po sobie bardzo wiele min pułapek. Trzeba było bardzo uważać bo bierze się do rąk. Maria Najda przestrzegała swoje dzieci, aby uważały na to co znajdują bo może być to bardzo niebezpieczne. Któregoś dnia mały Kaziu poszedł nad pobliską rzekę. Grabinianka do dziś jest płytka, latem było to miejsce gdzie dzieciaki z całej okolicy schodziły się kąpać. Tak też było tego dnia. Do rzeki przyszło kilku kolegów Kazia. Razem poszli się kąpać. Ciekawość zaciągnęła chłopaków na drugi brzeg rzeki, gdzie były okopy i sporo wojennych pozostałości. Nagle Kaziu podniósł z ziemi jakiś błyszczący przedmiot. Wyglądało jak pióro. Chłopczyk chciał je odkręcić i wtedy nastąpił wybuch. Rzekome pióro okazało się miną pułapką które eksplodowało mu w rękach. Wybuch odrzucił dziecko na ścianę okopu. Z poranionych rąk i brzucha lała się krew. Wystraszone dzieci rozbiegły się do domów. Na miejsce przybyli zaalarmowani dorośli. Furmanką zawieziono poranione, nieprzytomne dziecko do Dębicy. Tam nie potrafiono udzielić mu pomocy i przetransportowano do wojskową ciężarówką do Tarnowa. Trwało to bardzo długo, dziecko straciło wiele krwi. W krytycznym stanie trafiło na stół operacyjny, gdzie lekarze wyciągali z rąk i trzewi odłamki miny. Niestety, obrażenia Kazia były bardzo ciężkie. Wkrótce zmarł. Pochowano go na cmentarzu na tarnowskim Krzyżu. W chwili śmierci miał siedem lat.

Józef Najda wrócił jesienią 1945 roku z robót w Niemczech. Z piątki jego dzieci wojnę przeżyła trójka.  Po wojnie urodziły się mu jeszcze dwie córki. Wrócił do pracy na kolei. W 1952 roku przęsło remontowanego mostu żelaznego zsunęło się z konstrukcji, która go przytrzymywała i przygniotło mu pierś. Nieprzytomny został przewieziony do Rzeszowa gdzie zmarł. Jego żona została sama z piątką dzieci. Zmarła w 1994 roku. Oboje są pochowani na cmentarzu w Straszęcinie we wspólnym grobie.