Czasy PRL. Najlepszy bimber pędzono na Leśnej i Os. Matejki

Byli tacy, którzy produkowali zwykłe „sikacze”, byle tylko moc miało i zwalało z nóg po kieliszku. Ale wśród bimbrowników była też elita – od nich trunek miał nie tylko moc, ale również kolor, smak i niezrównany aromat. W czasach PRL-u w Dębicy bimber pędzono wszędzie – w mieszkaniach, na działkach i u rodziny w stodole lub kurniku. Poznaj nieznane historie z dziejów naszej Małej Ojczyzny.

Za słusznie minonych czasów PRL-u wódka była najczęściej reglementowana i jej mizerny przydział wynosił ledwie pół litra miesięcznie na głowę dorosłego.
-Cóż to było pół litra? – jeszcze dziś obrusza się nas rozmówca na wspomnienie tamtych czasów. W jeden wieczór z sąsiadem szły dwie butelki – jego i moja. A co potem, cały miesiąc?
W Dębicy gdzie większość mieszkańców pochodziła z okolicznych wiosek cenna sztuka pędzenia samogonu była od pokoleń przekazywana z ojca na syna. Gdy po wojnie tysiące z nich zamieszkało w nowo wybudowanych osiedlach mieszkaniowych ta szlachetna tradycja zawędrowała wraz z nimi do miasta.

-Jeśli wchodziło się na klatkę schodową, a tam czuć było intensywny zapach gotowanego bigosu, to można było mieć pewność, że w którymś mieszkaniu pędzi się akurat bimber – opowiada znawca tematu. Czasem sąsiedzi się umawiali, że jak gotuję bigos, a ty w tym czasie zajmujesz się produkcją trunku.
Efekt był taki, że nieraz w każdej klatce unosił się intensywny zapach bigosu, który potem doskonale smakował podczas degustacji nielegalnego trunku.

W tamtych czasach najlepsze trunki produkowano na ulicy Leśnej i na Osiedlu Matejki.
Czasem było też tak, że na weekendzie sąsiedzi z klatki umawiali się na wspólne pędzenie u któregoś z nich w mieszkaniu. Relacje międzyludzkie były wówczas bardziej zażyłe niż teraz. A jeśli zdarzyło się że pracują w tym samym zakładzie to po pewnym czasie traktowali się nawzajem jak rodzina.

Takich dwóch zaprzyjaźnionych panów pewnego razu umówiło się na wspólną produkcję bimbru. Zacier nastawiony wcześniej już dojrzał, więc pozostał tylko proces destylacji aby otrzymać upragniony trunek. Niewielką, ale pomysłowo skonstruowaną aparaturę zainstalowano w kuchni, a gdy pojawiły się piersze porcje samogonu rozpoczęto degustację, sprawdzając czy aby na pewno jakość jest właściwa. Produkt wyszedł lepiej niż znakomity, a panowie po dwóch kieliszkach zasnęli, każdy po swojej stronie stołu.

Tymczasem aparatura postawiona na palniku gazowym wciąż działała. W którymś momencie ciśnienie w kotle było tak wielkie, że nastąpiła eksplozja. Huk był ogromny, a z kuchni wyleciały szyby. Na klatkę schodową wybiegli sąsiedzi, a przed blokiem też zgromadził się tłum gapiów. Ostry zapach alkoholu tłumaczył wszystko. Sprawą zajęła się Milicja Obywatelska, która z całą mocą prawa walczyła wówczas z nielegalną produkcją samogonu. Bimbrownicy dostali jakieś tam wyroki w zawieszeniu, ale wszyscy sąsiedzi im współczuli i dopytywali co poszło nie tak, że tak u nich to wszystko wybuchło. Ci po pewnym czasie zaczęli uchodzić za wielkich ekspertów w okolicy, i chociaż sami już nie odważyli się pędzić samogonu, często byli zapraszani na degustację do zaprzyjaźnionych producentów.

Podobna sytuacja miała miejsce w okolicznej wsi, gdzie dwaj przyjaciele postanowili upędzić podręczny zapas ognistego trunku. Kilkadziesiąt litrów zacieru nabrało już mocy, więc przystąpiono do ostatniego etapu produkcji. Aparaturę umieszczono w kurniku, tak aby naturalne zapachy maskowały woń bimbru. Pierwsze próby degustacji wypadły bardzo pomyślnie, ale panowie stali się mniej ostrożni. Nagle nastąpił potężny wybuch, a z budynku z głośnym krzykiem zaczęły wylatywać przerażone kury. Części z nich eksplozja powyrywała pióra i te darły się najgłośniej. Gdy obaj bimbrownicy oprzytomnieli wybiegli na zewnątrz i krzyczeli: Lis! Lis jest w kurniku !!!

Nikt w lisa nie uwierzył, zapach bimbru mówił sam za siebie. Z pomocą pośpieszyli zaprzyjaźnieni sąsiedzi udzielając przy okazji cennych rad jak podobnych sytuacji uniknąć w przyszłości. Sami mając wieloletnie doświadczenie przestrzegali przed nadmierną degustacją podczas produkcji, bo wtedy traci się czujność. – Jak was jest dwóch to tylko jeden może degustować. Drugi musi być trzeźwy, żeby aparatury pilnować – przestrzegali.
Sprawę udało się zachować w tajemnicy, wszak okolica słynęla z tego, że w każdej chałupie ktoś od czasu do czasu na własne potrzeby upędzi parę kropel tego cennego trunku.

Żadne wesele, chrzciny czy pogrzeb nie mogły się odbyć bez chociażby kilku butelek bimbru co to smutek na duszy potrafi uleczyć i radość w ciężkich chwilach przywrócić. Dziś wydaje się, że to zacne rzemiosło nie ma już tak wielu kontynuatorów, bo alkohol dostępny jest o każdej porze dnia i nocy na wyciągnięcie ręki. Ale tym sklepowym towarom brak jest tej specyficznej finezji jaką cechuje nielegalna produkcja. Bo nazwy pod jakimi je znano: „Duch Puszczy”, „Księżycówka”, „Proboszczowa” mówią same za siebie i tylko z opowiadań starszych ludzi można domyślać jak znakomity i pełen tajemnicy był to produkt.

Podziel się z innymi
0Shares
0 0