Wspomnienia Kazimierza Króla ps. „Sęp”

Dzięki uprzejmości Pani Małgorzaty Grzybowskiej autorki książki „Ocalone wspomnienia. (Część pierwsza) zebrane wspomnienia i opracowania 1939-1945” prezentujemy fragment książki : Wspomnienia Kazimierza Króla ps. „Sęp”. Książka tematycznie związana jest z działaniami III Zgrupowania Armii Krajowej „Pocisk” Pilzno, „(Część Zapalnik” Zasów, (wchodzących w skład Obwodu „Deser”) oraz Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW) w Pilźnie kryptonim „Barbara”.

Informacje, które zawiera niniejsza pozycja, zostały podzielone na trzy główne części: I część poświęcona III Zgrupowaniu AK „Pocisk” „Pinia” Pilzno, II część III Zgrupowaniu AK „Zapalnik” Zassów, III część Narodowej Organizacji Woskowej batalion o kryptonimie „Barbara”.
Znajdują się w niej wspomnienia osób, które czynnie uczestniczyli w działaniach wojskowych podczas Akcji „Burza” oraz rejestr miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez okupanta hitlerowskiego na ziemiach polskich w latach 1939 – 1945. Żołnierze AK posiadali także zdolności poetyckie, co również znalazło miejsce w niniejszym opracowaniu.

W końcowej części znajduje się wykaz żołnierzy III Zgrupowania Armii Krajowej „Pocisk” i „Zapalnik” ich stopnie, pseudonimy miejsce pochodzenia
Publikacja zawiera ponad 100 zdjęć pochodzących z różnych źródeł. Znaczna część zdjęć wykonana została przez sanitariusza Józefa Steca ps. „Jod”, który był czynnym uczestnikiem Akcji „BURZA” i walk na polanie Kałużówka w lecie 1944 r., które to wydarzenia utrwalił na zdjęciach fotograficznych.

Kazimierza Król podczas spotkania w 1979 roku  wygłasza przemówienie


Pilzno, dnia 1986-06-04

Koleżanki i Koledzy
Podkomendni
mili Zgromadzeni
Kochana Młodzieży
W dniu 21 lipca 1986r. Zarząd Koła ZBoWiD przy Urzędzie Miasta i Gminy Pilzno poprosił mnie na zebranie Zarządu, abym na spotkaniu 17 sierpnia zabrał głos na temat: Przeżycia w partyzantce, a w szczególności na temat zwiadu, który przyprowadziłem na zbiórkę do obozu w Gołęczynie.
Propozycji tej nie chciałem przyjąć – wzbraniałem się, albowiem nie jestem mówcą, a poza tym niezręcznie i niełatwo mówić o sobie.
Ponieważ jednak jedno człowiek ma życie, rzeczą naturalną jest, że czasem próbuje je podsumować – tym więcej – jak mi podkreślono na zebraniu Zarządu Koła, że wypada mi przemówić, jako były dowódca zwiadu, a później plutonu i uczestnik dzisiejszych uroczystości.
Postaram się wobec tego mówić krótko, zwięźle i treściwie tak po żołniersku. Kiedy wracam pamięcią do tamtych dni lipca 1944r., uzmysławiam sobie, jakie ponosiliśmy wielkie ryzyko, pobierając konie od gospodarzy łęckich nie dając im w zamian ani pieniędzy, ani pokwitowania – nie mieliśmy ani jednego ani drugiego.

Król, Podraza, Kleczkowski, Onucki zdekonspirowali się! – mówiono między sobą w Łękach – jadą do partyzantki – wystarczyło żeby informacja ta dotarła do Niemców.
Spróbuje teraz odtworzyć pierwszy dzień naszej mobilizacji.
W piątek 28 lipca 1944r. około godziny 10-tej otrzymałem ustny rozkaz dotyczący natychmiastowego zgłoszenia się ze zwiadem w rejonie zgrupowania. Rozkaz ustny przekazał mi podporucznik „Baca” Franciszek Piotrowski – nauczyciel z Łęk Górnych.
Rozkaz brzmiał następująco: „Sęp” (Kazimierz Król), podporucznik służby artylerii ciężkiej zamelduje się natychmiast ze zwiadem w zgrupowaniu.
A więc pomyślałem – wreszcie rozpoczęła się od dawna oczekiwana mobilizacja i walka.
Udałem się, więc do „Żbika” Włodzimierza Onuckiego, któremu dałem polecenie, aby powiadomił „Łosia” Karola Podrazę, „Wichrę” Stanisława Kleczkowskiego, o natychmiastowe zgłoszenie się u mnie w szkole w Łękach Dolnych na odprawę celem omówienia planu działania i drogę z Łęk do obozu w Gołęczynie.
Za kilkadziesiąt minut wszyscy podkomendni znaleźli się u mnie. A mianowicie Włodzimierz Onucki ps. „Żbik” Karol Podraza „Łoś”, Stanisław Kleczkowski ps. „Wicher” i jego brat Roman Kleczkowski ps. „Niedźwiedź”.
Ustaliliśmy:
1.Miejsce zbiórki – zagroda Jana Szatki – Granica.
2.Pobór koni – pobiera konie – „Sep” i „Wicher” – Maduzia – Łęki Dolne i Bzowski – Zwiernik.

3„Żbik” pobierze konia na plebanii w Łękach Górnych
4.”Niedźwiedź” i „Łoś” pobiorą z meliny karabiny i amunicję i dostarczą na miejsce zbiórki.
5.Godz. 21-a wszyscy na umówionym miejscu zbiórki w pełnym oporządzeniu.
6.Czekać na dalsze rozkazy.
Rozeszliśmy się, by spełnić swoje wyznaczone obowiązki. – „Sep” z „Wichrem” udali się do pana Maduzi, gdzie po rozmowie i wyjaśnieniu celu naszego przybycia otrzymaliśmy konia z kantarą i z wodzami.
Dalej poszliśmy do pani Świątkowej z przysiółka „Nowy York” odebrać siodło, które już wcześniej przez „Wichra” Stanisława Kleczkowskiego, było upatrzone i zarezerwowane. Bez oporów otrzymaliśmy siodło – było to siodło sportowe.
Osiodłaliśmy konia, na którym pojechał „Wicher” na skróty przez pola poza wsią do zagrody Jaśka Szatki. Przed rozstaniem się z „Wichrem” umówiłem się, że spotkamy się koło godz.16-tej przy dworze w Zwierniku.

Ja powróciłem do domu, żeby się przygotować do odmarszu – pożegnałem się z rodzicami – jak zwykle przy takich okazjach to życzenia, szczęśliwej drogi Bóg z Wami, wracajcie szczęśliwie – i poszedłem na umówione spotkanie do Zwiernika.
Przed dworem oczekiwał zgodnie z ustaleniem „Wicher” Staszek Kleczkowski. Poszukaliśmy pana Bzowskiego – był w polu – krótko sprecyzowałem zagadnienie, o co nam chodzi. Ponieważ konie były w polu przy orce, zabrano je od tej pracy – pan Bzowski polecił przygotować je do odmarszu – oczyścić, nakarmić, napoić oraz osiodłać. Otrzymaliśmy pełne oporządzenie nawet derki wojskowe pod siodła. My natomiast w międzyczasie otrzymaliśmy obfity podwieczorek. Podziękowaliśmy bardzo serdecznie za otrzymane dary, mówiąc, że po wojnie oddamy z nawiązką, czego nie spełniliśmy do tej pory, – za co przepraszamy. Siedliśmy na konie i stępem ruszyliśmy na miejsce zbiórki do Jaśka Szatki.
Tam zastaliśmy trzech zwiadowców – oprócz nas, a także dwa konie – koń od Maduzi i drugi z Plebanii od proboszcza księdza kanonika Jana Pięty, którego przyprowadził „Żbik” Włodzimierz Onucki wraz z siodłem, które otrzymał również na plebanii. Teraz każdy z nas przygotowywał się do wymarszu. Rozdzielono broń i amunicję, przydzielono konie. Pozostał nam Roman Kleczkowski „Niedźwiedź”, który został bez przydziału konia, bo więcej koni nie mogliśmy dostać, dlatego pozostał na miejscu, jako ewentualny łącznik.
Zbliża się czas wymarszu – godzina 22-ga. Zrobiłem krótką naradę i poinformowałem moich podkomendnych, którędy jedziemy, a więc przez Wierzchowinę do drogi Zwiernik – Przymiarki – Pilzno do zagrody Adama Wnęka. Wnęk nas przeprowadził przez skarpy do drogi Pilzno – Jasło, a potem już sami przez Wisłokę do obozu.
Porządek marszu przedstawiał się następująco: z zagrody Jana Szatki wyruszyliśmy stępa. Pierwszy „Sęp”, drugi „Wicher”, trzeci „Żbik” zamykający zwiad kapral kawalerii „Łoś”.

Zgodnie z planem wyruszyłem pierwszy, bowiem znałem bardzo dobrze ten teren i ścieżkami polnymi dojechaliśmy do Wierzchowiny, a stamtąd przez las Pawlusowej na dół do drogi Zwiernik – Przymiarki – Pilzno i tą drogą dojechaliśmy do zagrody Adama Wnęka.
Noc, w czasie, której jechaliśmy, była piękna, bezksiężycowa, gwiaździsta, bez najmniejszego powiewu, cicha do tego stopnia, że aż w uszach dzwoniło, nie rozmawialiśmy między sobą, bo zresztą ostro zabroniłem wszelkich rozmów, byliśmy w ciągłym nasłuchu, a przyzwyczajeni do czujności nasze uszy wychwytywały najmniejsze nawet szmery. Wydawało się, że osiedla, przez które przejeżdżaliśmy, są puste, wymarłe, nawet pies nie zaszczekał. Przerażające cisza. I tak w tej ciszy dojechaliśmy do zagrody Adama Wnęka, gdzie był punkt kontaktowy a dla nas stał się miejscem krótkiego postoju i odpoczynku. Tam otrzymaliśmy po garnuszku gorącego przegotowanego mleka i po pajdzie chleba z grubo posmarowanym masłem.
Spożyliśmy ten posiłek w szybkim tempie, albowiem na wschodzie zaczęło się niebo rozjaśniać i spieszno nam było, żeby przejechać drogę Pilzno – Jasło, póki jeszcze jest szarówka.
Od zagrody, jako pierwszy pojechał „Łoś” kapral Karol Podraza, a ja zamykałem zwiad jako ostatni. Adam Wnęk prowadził nas przez skarpy, biegnąc przed nami, a my za nim kłusem i zgodnie z planem wyprowadził nas na przejście przez drogę Pilzno – Jasło na kierunek brodu na Kątach.
Serdecznie uściskaliśmy się, dziękując za szczęśliwe przeprowadzenie, a dalej już posuwaliśmy się sami bardzo cicho i ostrożnie ku drodze. Szosa wydawała się być pusta, lecz „Łoś”, który miał najlepszy słuch z nas stwierdził, że gdzieś daleko słyszy jakieś motory. Wobec takiej sytuacji wydałem rozkaz: „Kłusem przez szosę, a za szosą galopem do Wisłoki i tam zaczekać na mnie”.
Jako pierwszy pojechał „Łoś”, za nim „Żbik” i „Wicher”, wreszcie ja. Nad Wisłoką i przyległymi terenami rozpościerała się mgła dość gęsta tak, że zostaliśmy całkowicie zasłonięci przed wzrokiem nieprzyjaciela. Wówczas usłyszeliśmy bardzo wyraźnie warkot motorów przemieszczający się w kierunku Pilzna po szosie, którą kilka minut temu przekraczaliśmy.
Napoiliśmy konie do syta i ruszyliśmy w dalszą drogę – już było prawie jasno, byliśmy po wschodniej stronie Wisłoki, a więc na terenie zajętym przez partyzantów. Poczuliśmy się swobodni, weseli, chciało nam się nawet śpiewać, lecz tego nie zrobiliśmy, tylko zaczęliśmy dość głośno rozmawiać, żeby zwrócić na siebie uwagę będących na czatach partyzantów, bowiem hasła nie znaliśmy. Zbliżaliśmy się do zagajnika przed leśniczówką kapitana „Sosny”. Wtem słyszymy donośny głos: „Stój, kto idzie!” Wysunąłem się do przodu, ale nie widzę wartownika – powiedziałem tak w powietrze: „Zwiad konny „Sępa”, wówczas pojawił się przed nami wartownik pytając, kto idzie. Padła odpowiedź z mojej strony: Porucznik „Sęp”, kapral „Łoś”, zwiadowcy „Wicher” i „Żbik”. Odpowiedź wartownika brzmiała: „Droga wolna”.
Kiedy wjeżdżaliśmy do obozu, wstawało słońce, zaczynał się ruch poranny wśród partyzantów, porządki obozowe, mycie, golenia, czyszczenie, itp. Żołnierze, widząc nas na koniach z karabinami przewieszonymi przez plecy, przywitali nas owacyjnie. Między innymi przywitałem się serdecznie z bratem z podchorążym Marianem ps. „Orliński”, który już wcześniej przebywał w obozie.
Bo znowu jest nas więcej, jakoś będzie raźniej w większej grupie – tak dopowiadali partyzanci, pytali jeden przez drugiego – skąd przyjechaliśmy, którędy, jak nam przeszła droga, czy nie spotkaliśmy Niemców itp. Padały pytania, na które odpowiadaliśmy. Wreszcie powiedziałem, że musimy się zameldować w dowództwie i podjechaliśmy pod dowództwo: wyszedł dowódca porucznik Edmund Matecki ps. „Lis”. Dałem rozkaz: „Stój, z koni, baczność, na prawo patrz”.
Zameldowałem przybycie zwiadu, stan ludzi, koni oraz oporządzenia. Porucznik „Lis” podziękował za raport, odpytywał jak nam się jechało, jak na drodze itp. Rozkazał zaprowadzić konie do stajni, a nam oporządzić się, zjeść śniadanie i odpocząć w stodole. Około godz.14-tej zbudzono mnie, abym się zgłosił u komendanta „Lisa” Edmunda Mateckiego. Niezwłocznie to zrobiłem i tam się dowiedziałem, że mam przekazać zwiad podporucznikowi „Woli”, Władysławowi Wołoszynowi, a ja dostanę pluton piechoty.
Tak się zakończył mój rajd z moim zwiadem, którego zbierałem, szkoliłem i przygotowywałem do walki w partyzantce. – Rozpocząłem następny etap – organizacja plutonu.
Podałem tylko wycinek z moich wspomnień z okresu partyzantki. Kazimierz Król dowódca plutonu por. „Sęp” (oficer służby stałej artylerii ciężkiej dowódca zwiadu 27 DAS-u Armia Pomorze)

Podziel się z innymi
0Shares
0 0