Wyprawa handlowa z nielegalną cielęciną – wspomnienia z czasów PRL. Za to można było trafić nawet do więzienia!

W latach 70-tych polski rynek przemysłu mięsnego wciąż nękał nieustający kryzys. Mięso i jego przetwory były dobrem cennym i trudno osiągalnym. Wielką popularnością, zwłaszcza wśród mieszkańców dużych miast, cieszyła się wówczas cielęcina, której praktycznie nie było w państwowych sklepach.

-Mój tato był wiejskim masarzem, który dorabiał sobie od czasu do czasu takim zajęciem. Miał klientów nie tylko w naszej wiosce i okolicach, ale też, jak się przekonałem na własnym przykładzie, również w dużych miastach oddalonych o wiele kilometrów od naszego domu – wspomina ówczesny nastolatek, mieszkaniec poddębickiej wsi. Pewnego razu przygotował dla mnie pakunek z cielęciną i powiedział, abym pojechał do odległego miasta i dostarczył przesyłkę pod wskazany adres. Zrobiłem jak tato kazał. Wsiadłem w nocny pociąg i pojechałem. Było to dla mnie spore wyzwanie, bo po raz pierwszy wyruszyłem w tak odległą podróż. I do tego sam. Rankiem dojechałem na miejsce i ruszyłem na poszukiwanie podanego mi przez tatę adresu. Pytając ludzi jak tam trafić dotarłem do tej ulicy. Poszukałem numeru, a tam … był budynek w którym mieścił się bardzo ważny państwowy urząd, którego zadaniem była między innymi walka z takimi nielegalnymi handlarzami mięsem jak ja wtedy byłem! Włosy mi stanęły dęba na głowie na ten widok, bo za ten proceder można było nawet trafić do więzienia! Powoli, aby nie wzbudzać podejrzeń wycofałem się z tej ulicy i wróciłem na dworzec. Dźwigałem ze sobą wciąż paczki z cielęciną, które były niemiłosiernie ciężkie, bo tato napakował tego towaru sporą ilość. Na dworcu zostawiłem większą część tego towaru w przechowalni bagażu i zabrawszy tylko mały pakunek postanowiłem poszukać znów tego adresu, gdzie miałem dostarczyć cielęcinę.

W tym czasie nie było możliwości skontaktować się z tatą, aby potwierdzić ten adres. Telefon w naszej wsi był tylko jeden i to u sołtysa, a w dodatku ja nawet nie znałem jego numeru. Zresztą w tym czasie połączenia telefoniczne były fatalne i na poczcie trzeba było je zamawiać i długo na nie czekać. Będąc tu gdzie miałem dostarczyć tę cielęcinę nie miałem żadnego, szybkiego kontaktu z tatą. Byłem zdany tylko na siebie. Miałem tylko nazwę ulicy, numer budynku i numer lokalu. Po chwili zastanowienia ruszyłem ponownie na poszukiwania. Znów pytałem przechodniów na ulicach jak dojść pod podany mi przez tatę adres. I znów trafiłem pod ten ogromy gmach, który napawał mnie lękiem. Zebrałem się jednak na odwagę i wszedłem do środka. Nogi mi się uginały w kolanach, ale co miałem zrobić. Wrócić do domu z cielęciną? Tato na pewno nie byłby zadowolony.

Numer budynku się zgadzał. W środku tego ogromnego gmachu było sporo ponumerowanych drzwi i zacząłem szukać numeru z kartki z adresem. Znalazłem te na których był numer podany mi przez tatę. Zapukałem i wszedłem do środka.
– Ja… – zacząłem mówić do siedzącej za biurkiem sekretarki, ale ona mi przerwała.
-No gdzież ty się podziewasz chłopaku! – prawie krzyczała do mnie. Pan dyrektor już od rana czeka na tę cielęcinę!
Podałem jej na te słowa ten mały pakunek.
-Co tylko tyle?! – zdziwiła się kobieta.
-No mam więcej, tylko w przechowalni – tłumaczyłem się już spokojniejszy, że wszystko zaczyna się dobrze układać.
-No to leć po resztę, bo my tu wszyscy czekamy na to mięso – powiedziała do mnie, a ja jak na skrzydłach pobiegłem na dworzec po resztę towaru.
Gdy przyniosłem pozostałe pakunki dostałem zapłatę i wróciłem do domu.
To była jedna z moich pierwszych wypraw handlowych, ale nie ostatnia. Ówczesny rynek nie mógł się obejść bez tego nielegalnego handlu. Mięso i wędliny były na kartki, ale trudno było je zrealizować bo sklepy świeciły pustkami. Ludzie w dużych miastach mieli pieniądze, ale niewiele mogli za nie kupić. Tacy jak ja handlarze mięsem i wędlinami uzupełniali niedobory w rynku ryzykując podczas takich handlowych podróży nawet pobyt w więzieniu!
Wielokrotnie podróżowałem z wyrobami masarskimi mojego taty do różnych dostawców. Dziś wspominam te czasy z nostalgią, ale niejednokrotnie jadąc z cielęciną w bagażu duszę miałem na przysłowiowym ramieniu – wspomina dawne podróże dorosły już dziś mężczyzna.