Previous slide
Next slide

Nocnym pociągiem z Dębicy do Radomia po Sofixy czyli jak zdobywało się buty w czasach, gdy niczego nie było

Pamiętam to jak dziś — nocny pociąg do Radomia, stukot kół na zmarzniętych torach i zapach watowanej kurtki, przesiąkniętej dymem z papierosów palonych ukradkiem między wagonami. Zimno było tak, że oddech zamarzał na szybie. Ale jechaliśmy — ja z ojcem, albo czasem z wujkiem — po Sofixy.

W PRL-u dobry but to była rzadkość. Sklepy obuwnicze świeciły pustkami, a to, co można było kupić, często miało więcej wspólnego z kartonem niż ze skórą. Podeszwy odpadały po dwóch tygodniach, a po jednej zimie buty były do wyrzucenia — o ile w ogóle udało się je wcześniej zdobyć. Dlatego Sofixy miały status niemal kultowy.

Były modne — zgrabne, sportowe, z charakterystyczną podeszwą. Ale co najważniejsze — były ciepłe i trwałe. Idealne na srogie, peerelowskie zimy, które wtedy naprawdę dawały się we znaki. Śnieg po kolana, mróz po -20 stopni, a my — dzieciaki — w czym popadnie. Gumowce, walonki, wszystko co dało się jakoś założyć, żeby nie zamarzły stopy. Sofixy były marzeniem. Symbol komfortu i nowoczesności, jak na tamte czasy.

Wiedzieliśmy, że trzeba być wcześnie. Fabryczny sklep przy zakładach Sofix w Radomiu otwierano o ósmej rano, ale kto chciał coś kupić, musiał stanąć w kolejce najpóźniej przed świtem. Byli tacy, co przychodzili już o drugiej, trzeciej w nocy. Ludzie przynosili koce, termosy z herbatą, czasem nawet taborety. W ruch szły gazety — nie do czytania, tylko żeby podłożyć pod nogi, bo mróz wnikał przez zelówki jak igły.

Kolejka wiła się wzdłuż muru zakładu. Atmosfera była specyficzna — niby nerwowa, ale z poczuciem wspólnoty. Każdy wiedział, po co tu stoi. Ktoś rzucił żartem, ktoś inny zapalił papierosa i częstował sąsiada. Nad ranem ktoś wyszedł ze sklepu i powiedział: „Będą! Sportowe, rozmiary od 39 do 44!” — i nagle cała kolejka jakby się obudziła. Poruszenie, przeliczenia w głowach, nadzieje.

Co sprytniejsi nie jechali tylko po jedną parę. Brali dwie, trzy — dla żony, dla szwagra, „na wymianę”. Sofixy chodziły jak złoto — można je było potem sprzedać w mieście drożej albo wymienić na coś innego: kawę, cytrusy, czasem nawet na usługi. Handel kwitł w cieniu reglamentacji. Kto miał dojścia albo wiedział, jak „zakombinować”, ten żył lepiej.

Nam się udało. Po czterech godzinach w kolejce weszliśmy do środka. Półki nie uginały się od towaru, ale były — sportowe, z białą podeszwą, rozmiar 42. Idealne. W domu mama wypolerowała je pastą, aż błyszczały jak nowe. Chodziłem w nich przez trzy lata. I nigdzie mnie tak nie gniotły, jak dzisiejsze modne adidasy.

Bo wtedy buty miały wartość. Taką prawdziwą — wyczekaną, wywalczoną, przemarzniętą. A Sofixy? One były jak bilet do lepszego świata. Ciepłego, modnego i… dostępnego tylko dla wytrwałych.

Podziel się z innymi

Shares

Ile wynosi twoja pensja "na rękę"?
Previous slide
Next slide

Więcej informacji...

My i nasi partnerzy uzyskujemy dostęp i przechowujemy informacje na urządzeniu oraz przetwarzamy dane osobowe, takie jak unikalne identyfikatory i standardowe informacje wysyłane przez urządzenie czy dane przeglądania w celu wyboru oraz tworzenia profilu spersonalizowanych treści i reklam, pomiaru wydajności treści i reklam, a także rozwijania i ulepszania produktów. Za zgodą użytkownika my i nasi partnerzy możemy korzystać z precyzyjnych danych geolokalizacyjnych oraz identyfikację poprzez skanowanie urządzeń.

Kliknięcie w przycisk poniżej pozwala na wyrażenie zgody na przetwarzanie danych przez nas i naszych partnerów, zgodnie z opisem powyżej. Możesz również uzyskać dostęp do bardziej szczegółowych informacji i zmienić swoje preferencje zanim wyrazisz zgodę lub odmówisz jej wyrażenia. Niektóre rodzaje przetwarzania danych nie wymagają zgody użytkownika, ale masz prawo sprzeciwić się takiemu przetwarzaniu. Preferencje nie będą miały zastosowania do innych witryn posiadających zgodę globalną lub serwisową.