Jak w czasach wczesnego PRL – władza ludowa nakryła Jana Jarosza z Łęk Dolnych na nielegalnym świniobiciu i wyrobie swojskiej kiełbasy

Rodzina Jana Jarosza, rok 1950. Od lewej znajduje się Maria Jarosz z domu Pieczonka. Na jej kolanach siedzi mały Staś, a obok niego stoi jego starszy brat Ludwik. Za nim znajduje się tato obu chłopców Jan Jarosz – słynny w Łękach Dolnych i całej okolicy przedwojenny masarz.

W latach 50-tych ubiegłego wieku domowy ubój świni i wyrób swojskiej kiełbasy czy innych przetworów był zakazany. Władza Ludowa surowo tropiła tych, którzy odważyli się sprzeciwić ustanowionemu wówczas prawu, i nierzadko wsadzała ich nawet do więzienia. W Łękach Dolnych, (gmina Pilzno) mieszkał znany, jeszcze od czasów przedwojennych masarz – Jan Jarosz. Nie było chyba wówczas w całej okolicy gospodarstwa, gdzie rolnik co jakiś czas nie urządzałby świniobicia i ukradkiem nie przyrządzałby swojskich wędlin czy innych wyrobów. Tak te czasy w swojej książce „Z fantazję przez życie” wspomina syn Jana Jarosza – Stanisław.

„Świnobicie zaczynało zaczynało się rano. Zabitą świnię czyszczono ze szczeciny potem rozbierano wykrawając mięso i inne części. Jelita, które służyły do wyrobu kiełbasy, też trzeba było oczyścić. Potem nadziewało się je przygotowanym farszem. Robiło się go z mięsa, które się mieliło i doprawiało. Jako przypraw tato używał tylko pieprzu i czosnku a to czy mięso jest już dobrze doprawione sprawdzał kosztując próbkę. Miał tak wyczulony smak, że bezbłędnie oceniał czy mieszanka jest gotowa czy potrzebuje jeszcze doprawienia. Gotową surową kiełbasę tato wkładał do wędzarni i zapalał ogień. Kiełbasę wędziło się w dymie z drzewa olchowego. Trzeba było bardzo uważać, żeby kiełbasa się dobrze uwędziła. Ja pilnowałem ognia, żeby wszystko przebiegło jak należy W czasie gdy kiełbasa się wędziła tato gotował głowiznę na salcesony, mielił wątrobę i podgardle na pasztety. W innych garnkach gotowała się kasza na kaszankę, którą niektórzy nazywają krupniokiem.

Smakowity zapach wędzonki rozchodził się wówczas po obejściu i jest to jedno z najprzyjemniejszych wspomnień z dzieciństwa. Smak świeżo uwędzonej kiełbasy, takiej prosto z wędzarni jest niezrównany.

Nie było chyba takiego gospodarza, który raz czy dwa razy w roku nie ubił wychowanego przez siebie świniaka i zrobił z niego kiełbasy, szynki czy salcesonów. Ubój na własne potrzeby był legalny, ale sprzedaż mięsa czy kiełbasy już nie. Mało kto się tym jednak przejmował i praktycznie wszyscy część kiełbas czy innych wyrobów sprzedawali ukradkiem czy to w mieście czy sąsiadom.

Raz zdarzyło się, że któregoś roku w styczniu ktoś dał cynk milicjantom z Pilzna, że u jest u nas nielegalny ubój. Tato kupił ładną świnkę na targu i przywiózł ją do domu. Ktoś to zobaczył i doniósł na posterunek. Ówczesna władza dopuszczała ubój wyhodowanego w gospodarstwie świniaka. Zakup świni na targu i jej ubój był jednak już zabroniony. Takie wówczas obowiązywało prawo.

Miałem wtedy chyba dwanaście lat i chodziłem jeszcze do szkoły podstawowej. Akurat jak przyjechali do nas przedstawiciele władzy, robota była w toku. Rozebrane była nie tylko ta feralna świnia ale również ciele, które tato też gdzieś kupił. Milicjanci nie mogli do nas wjechać na podwórko bo śnieg zawalił drogę. Zostawili radiowóz przy głównej drodze i pieszo przyszli do nas na podwórko. Wypierać, że jest u nas kontrabanda nie było sensu. Dowody świadczyły same za siebie. Milicjanci zdecydowali, że dowód przestępstwa czyli świnia i ciele zostaną zarekwirowane. Wszystko łącznie ważyło jakieś 150 kilogramów. Mundurowi sami nie dali rady tego zabrać, więc zmusili tatę, żeby zaprzągł konia i wozem im zawiózł to mięso do samochodu. Nie było rady, trzeba było się władzy ludowej podporządkować. Tato z wysiłkiem załadował dowód przestępstwa na wóz i ruszył nim do drogi. Umordował siebie i konia bo śnieg był topniejący i ciężko się jechało. Zapakował milicjantom mięso na samochód, którym zawieziono go Pilzna. Nigdy nie poznaliśmy co się z nim stało.

Ten przypadek traktowaliśmy jako ryzyko zawodowe. Trudno, straciliśmy mięso, ale za okupacji to by było gorzej. Władza niezależnie czy okupacyjna czy komunistyczna zawsze gnębiła chłopów, chociaż ta druga rzekomo była robotniczo-chłopska. Nigdy nie dowiedzieliśmy się kto nas wtedy wydał.

Jakoś przeboleliśmy tę stratę, ale żyć trzeba było dalej, chociaż tato był już ostrożniejszy. Dalej robił kiełbasy, szynki, pasztety czy salcesony, którą wywoził do Tarnowa.

Kiełbasę swojską było bardzo łatwo odróżnić od innych wędlin z racji wyglądu, smaku czy zapachu. Państwowe zakłady mięsne nie miały takiej w ogóle w ofercie, a tylko ich wyrobami można było oficjalnie handlować. Dziś trudno w to uwierzyć, bo swojska jest w każdym sklepie, ale wówczas ten rodzaj kiełbasy był dostępny tylko na nielegalnym czarnym rynku.

Opowiadanie pochodzi z książki Stanisława Jarosza „Z fantazją przez życie”

Podziel się z innymi
0Shares
0 0